Dziękuję za cierpliwość i miłe słowa. Anka, ty *piip* a ostatnio mówiłaś, że nie lubisz moich opowiadań -_- Nie ogarniam twojego stanu. Rozdział z dedykacją dla Gupiej i Brudnej, a także Yuumi-chan :)
Ps. I sorki, że tak krótko.
Rozdział 25
Rozprawa była kontynuowana. Tym razem było o wiele spokojniej, bo David mnie ani razu nie sprowokował. Żadnym spojrzeniem ani nic. Po prostu ignorował mnie tak samo jak ja jego. Chyba znudziło mu się widok mojego przerażenia w oczach. Alleluja.
Oh, wrócił mi czarny humor.
Jeden krok do powrotu do starego życia...
Po wszystkim, rada i sędzia zastanawiali się naprawdę krótko, co mnie ostro zdziwiło. Nie tylko mnie, bo także moich bliskich. Nawet prokurator był zaskoczony.
- Niniejszym po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw oskarżony David Vaeka jest uznany za winnego - powiedział ciemnoskóry sędzia.
Uśmiechnąłem się szeroko, a za mną Hinta i Lili przybili razem piątki z głośnym okrzykiem radości. Nawet ojciec zaczął się wesoło śmiać.
- Z racji swojego młodego wieku winny zostaje skazany na pół roku więzienia o zaostrzonym rygorze w Miami, a także dwieście dni prac społecznych po swoim wyjściu.
Zamarłem.
Czy to były żarty?
David został skazany TYLKO na pół roku?! To nie mogła być prawda. Prokurator zapewniał mnie, że dostanie przynajmniej pięć lat! Więc czemu tak krótko?!
Czy...
Przerażony popatrzyłem na Davida. Uśmiechał się złośliwie. Też na mnie popatrzył i potarł palce w geście, który miał oznaczać kasę. Pieprzony sukinsyn... Zapłacił sędziemu! Jego ojciec przekupił sędziego, żeby ten wydał tak łagodny wyrok kary! Pół roku to było nic! David z uśmiechem odsiedzi swoje i wyjdzie na wolność. Ten czas przecież nie wpłynie na jego życie.
Jezu... Czemu, do cholery...?
- Zamykam rozprawę, do widzenia - mruknął mężczyzna i szybkim krokiem z teczkami pod pachą wyszedł z sali rozpraw.
- Co?! Nie, proszę poczekać! Ten wyrok jest zły! - wrzasnęła wściekła Lili. - Ale z pana oszust!
***
Nie odezwałem się ani słowem w drodze do domu. Hinta i rodzice byli tym mocno zmartwieni, ale wreszcie na schodach do swojego pokoju nie wytrzymałem i wydarłem się na nich, by w końcu dali mi święty spokój i się odwalili, bo mam ich dość. Stali osłupiali, a ja pobiegłem do sypialni. Zamknąłem się na klucz i położyłem na łóżku. Byłem zbyt zmęczony nawet na płacz.
Byłem pewny, że David i tak wyjdzie o wiele wcześniej niż pół roku. Jego ojciec był przecież wcześniej znanym komendantem policji. Miał znajomości. Dla niego wyciągnięcie syna z paki będzie bardzo łatwe. A wtedy David przyjdzie do mnie dokończyć to co zaczął.
Gdy zasnąłem, śniłem właśnie o tym.
Siedziałem sam w domu, bo rodzice wyjechali na urlop. Ktoś zadzwonił do drzwi, więc poszedłem otworzyć. Zobaczyłem uśmiechniętego Davida, który bez słowa wbił do środka i przystawił mnie do ściany. Zaczął brutalnie zdzierać ze mnie ciuchy, boleśnie wykręcając tą samą rękę, która złamał mi wcześniej. Leżałem zapłakany na zimnej posadzce w holu domu, czując na sobie i w sobie ciało Davida. Znów czułem ten sam ból, to samo upokorzenie. Znów uświadomiłem sobie, że wolałbym umrzeć niż żyć, bo śmierć byłaby o wiele łatwiejsza od życia z takimi wspomnieniami.
To było dla mnie za dużo.
Ocknąłem się późnym wieczorem, w ciemnym pokoju. Spanikowałem, bo miałem wrażenie, że widzę Davida. Chwiejąc się i zrzucając z szafek ozdobne figurki pobiegłem do swojej łazienki. Zapaliłem światło, ale jedyne co zobaczyłem w odbiciu lustra to twarz Davida. Wrzasnąłem wystraszony i uderzyłem. Ostre odłamki lustra z hukiem rozbiły się o ziemię.
Straciłem równowagę i upadłem, rękoma opierając się o podłogę. Szkło wbiło mi się w skórę, ale ja tego nie czułem, tylko jedynie widziałem krew, która zaczęła skapywać na białe kafelki.
Dyszałem ciężko, zaskoczony patrząc na zakrwawione dłonie. Uświadomiłem sobie, że Davida już nie ma. Nie ma go przy mnie, nie czuję go w sobie i ogólnie jest daleko ode mnie. Nie jest już zdolny do zrobienia mi krzywdy.
- Matt?! Coś się stało? Matt!
Drzwi od pokoju miałem zamknięte na klucz, więc dobijający się Hinta nie mógł dostać się do środka. Jeszcze raz omiotłem spojrzeniem zranione dłonie i krew na podłodze. Spanikowałem, podniosłem się, starając się wydobyć z ran odłami szkła. Zabolało, więc krzyknąłem. Zaskoczony zamarłem.
- Matt, do cholery! Otwórz te pieprzone drzwi! - wrzasnął Hinta po japońsku. - Matt!
Starałem się odkręcić wodę w kranie, ale jedynie do czego doszedłem to zakrwawienie stalowej gałki. W oczach piekły mnie łzy bólu.
- Matt, bo wyważę je! Kurwa, Matt! Co jest?!
Zacząłem płakać. Nie wiem czemu. Po prostu, nagle z oczy zaczęły spływać mi łzy. Usiadłem zapłakany na ziemi koło krwawych plam, dłonie opierając o drżące kolana. Hinta jeszcze parę razy ostrzegł mnie, że wyważy drzwi, aż faktycznie z okropnym łomotem to zrobił. Wpadł zaniepokojony do mojego pokoju i popatrzył w kierunku łazienki.
- Jezu, Matt! - krzyknął przerażony i podbiegł do mnie. - O matko...
Złapał pobliski ręcznik. Podłożył mi go pod ociekające krwią ręce, a potem podniósł do pozycji stojącej. Włożył mi dłonie pod zimną wodę, która od razu ze styknięciem z moją skórą zabarwiła się na czerwono.
- Co ci odwaliło? - szeptał wściekły Hinta. - Oszalałeś czy co? Coś ty zrobił?!
Delikatnie zaczął mi wyjmować większe kawałki szkła z ran.
- Przepraszam - wyszeptałem z płaczem. - Przepraszam, że jestem takim wielkim kłopotem... To wszystko moja wina... Przepraszam, Hinta...
- Co? - zdziwił się mój brat. - O czym ty mówisz? Za nic nie przepraszaj! Chyba zwariowałeś tak myśląc, Matt! - skarcił mnie.
Wybuchnąłem drżącym śmiechem. Stałem tak zapłakany, śmiejąc się histerycznie.
- Tak, masz rację! - wykrztusiłem. - Zwariowałem! Zwariowałem i mam dość. Najlepiej by było, gdybym umarł. Przyznaj, pewnie też tak sądzisz...
Hinta zamiast mi odpowiedzieć zamachnął się i mocno spoliczkował. Popatrzyłem na niego zaskoczony z piękącym prawym policzkiem.
Mój brat wyglądał na wściekłego jak nigdy. Furia dosłownie od niego biła.
- Nigdy nie waż się tak mówić! - warknął. - Nigdy! Zrozumiałeś?!
Skinąłem lekko głową, a Hinta z wściekłymi wypiekami na twarzy wrócił do czyszczenia ze szkła moich rąk. Gdy usunął ostatnie kawałki lustra, zdezynfekował rany wodą utlenioną i zabandażował. Krzywiłem się lekko przy każdym jego działaniu, ale to była moja kara.
Hinta bez słowa zaczął zmywać podłogę z krwi, a potem z twardą miną wyszedł z mojego pokoju, zamykając drzwi z rozwalonym zamkiem. Był na mnie wściekły. Chyba go rozumiałem. Nie potrzebnie mówiłem takie rzeczy. To była moja wina.
Siedziałem na swoim łóżku w oświetlonym pokoju, gapiąc się na obandażowane dłonie. Szczerze to bałem się teraz zasnąć. Nie chciałem ujrzeć twarzy Davida w snach. Bałem się. Po prostu byłem zbyt przerażony.
Ostrożnie przebrałem się w dresowe spodnie i za dużą bluzę. Usiadłem przed swoim komputerem na biurku i włączyłem go. Odpaliłem wyszukiwarkę i zacząłem przeglądać strony z opowiadaniami. Przeczytałem paronasto rozdziałową historię o dziewczynie zakochanej w swoim najlepszym przyjacielu i kolejne opowiadanie o parze gejów, dość długie, by zająć mi dobre parę godzin nocy.
Gdy następnego dnia zszedłem na dół do kuchni, gdzie kszątała się nasza kucharka i sprzątaczka, wyglądałem jak zombie. Pani Mariette od razu zaczęła mówić coś po Hiszpańsku, wymachując hohlą i wyciągając z lodówki różne składniki, z których zrobiła mi śniadanie. Pani Judyth natomiast zmartwiła się widząc moje dłonie i wory pod oczami, ale zbyłem ją.
Około godziny dziewiątej do kuchni wszedł Hinta, który na mój widok zacisnął jedynie zęby i przywitał się z panią Mariettą. Dalej był na mnie zły. Spóściłem wzrok na swoje zabandażowane dłonie i zabrałem jedzenie do swojego pokoju. Zjadłem do końca i znów usiadłem przed komputerem.
- Paniczu - pani Judyth zapukała do moich drzwi. - Telefon do panicza.
- Wejdź - westchnąłem. Dzwoniła pewnie Lili, by zapytać jak się czuję. Ostatnio zrobiła się w stosunku do mnie strasznie opiekuńcza.
Kobieta podała mi słuchawkę telefonu i wycofała się z pokoju.
- Moshi Moshi? - powiedziałem.
- Cześć, Matt. To ja, Uber.
niedziela, 17 listopada 2013
piątek, 8 listopada 2013
024
Rozdział 24
- Oskarżyciel, Matt Hiteku, proszę wstać.
Posłusznie wstałem, chociaż nogi miałem jak z waty. Trzęsłem się na samą myśl, by zeznawać przeciwko Davidowi. To było dla mnie tak strasznie... upokarzające.
- Proszę opowiedzieć o dniu, w którym zostałeś zmuszony do współżycia seksualnego przez oskarżonego - poprosił mnie sąd.
Zagryzłem wargę i odetchnąłem drżąco. Z tyłu Hinta szepnął, abym był spokojny i mówił. Tak też zrobiłem, chociaż mój mózg wzbraniał się od tego. Zbierało mi się na wymioty, gdy opowiadałem o tamtym dniu i nocy. Szczególnie, że David uśmiechał się kpiąco i parskał co chwilę. Irytował mnie. Denerwował.
A także mocno przerażał.
- Dziękuję, możesz usiąść - powiedział sędzia, zapisując sobie coś. - Teraz swoje zeznanie złoży oskarżony. Proszę wstać.
David arogancko podniósł się z krzesła. Patrzył na sędzie wyzywająco, dalej kpiąco uśmiechnięty.
- Proszę opowiedzieć o tym samym dniu, co poszkodowany.
- Poszkodowany? - parsknął chłopak. - Ten gnojek sam się o to prosił.
Zacisnąłem dłonie w pięści, wbijając wzrok w swoje kolana. Nie. Nie dam się mu sprowokować. Nie tym razem.
Nigdy więcej.
- Sam mnie zwodził. Matt zachowywał się w stosunku do mnie kokieteryjnie, jeśli tak to można nazwać. Robił wszystko specjalnie, byleby mnie sprowokować - zapewniał David, ciągle na mnie patrząc.
Usłyszałem jak Szurnięta Lili wciąga powietrze z sykiem, a mój ojciec cicho przeklina. Moja siostra natomiast przysięgała, że zabije Davida.
- Jeśli ktoś ma być tutaj poszkodowany, to tylko ja. Pewnie od samego początku obmyślał plan ze swoim kochasiem, by mnie zniszczyć - powiedział do sędziego z przekonaniem. - Obydwoje wiedzieli, że mój ojciec to wysoko postawiona osoba, więc jeżeli udupią jego syna, on straci wiarygodność i szacunek.
Miałem ochotę płakać. Czy on mówił serio? Czemu on musi być takim zakłamanym gnojem? Zgwałcił mnie, a teraz udaje zasrane niewiniątko. A po minach przysięgłych i sędziego, wnioskowałem, że są bardziej przychylni jego zeznaniom.
Błagam, nie...
- Matt Hiteku to fałszywa menda, wysoki sądzie - powiedział David.
- Proszę bez takich odnoszeń! - fuknął sędzia. - To jest sala rozpraw, nie jakiś bar!
- Tak, przepraszam - rzekł, udając skruszonego. - Tylko to przez te nerwy. Zdenerwowanie faktem, że jestem oskarżony o coś, czego nie zrobiłem.
- Nie zrobiłeś?! - wrzasnęła Lili na całą salę. - Sam się przed chwilą do tego przyznałeś, kapciu!
- Proszę o ciszę! - krzyknął sędzia.
- Ale to prawda! To David jest zakłamanym szują!
- SPOKÓJ!!! - ryknął.
Lili z oburzeniem usiadła na swoim miejscu. I tak miała szczęście, że nie wywalili jej z sali rozpraw.
David kontynuował swój monolog, a ja coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że mam ostro przesrane i chyba zaraz zemdleję lub zwymiotuję.
Zacząłem rozmyślać o Uberze. Ciekawe co teraz robił. Czy znalazł już sobie nowego chłopaka?
Żałowałem, że go tak długo okłamywałem. To nie miało sensu tak szczerze powiedziawszy. A mimo to, po prostu bałem się, że jeżeli wyjawię mu kim jest dla mnie Hinta, to on będzie chciał się z nim przeze mnie spotkać.
Byłem żałosny, to trzeba przyznać. Sam to wiedziałem. Kompletny kretyn, który ślepo wierzył swojemu eks, choremu psychicznie Davidowi. Kto by był na tyle pojebany, aby znowu wejść do tej samej rzeki?
Tylko i wyłącznie ja.
***
Po tym jak mój przyszywany brat nie wytrzymał i zaczął wrzeszczeć na Davida, sędzia zarządził piętnastominutową przerwę, aby wszyscy ochłonęli. Wyszedłem z sali z wielką ulgą wymalowaną na twarzy. Zanim ktoś zdołał mnie zatrzymać, pobiegłem do męskiej toalety na pierwszy piętrze. Wpadłem do jednej z wygodnych kabin i zamknąłem się na zamek.
Usiadłem na zamkniętym sedesie i schowałem twarz w dłonie. Za dużo. Za dużo emocji jak na jeden dzień w tak krótkim czasie. Cholera. Głowa zaczynała mnie boleć.
Chciałem znaleźć się w ramionach Ubera. Chciałem, by mnie przytulił i zapewnił, że jestem dla niego ważny.
Ale to tylko moje marzenia. Wiadome było, że Uber wyjechał do Colorado i już nie wróci dla mojego (kolejnego szczerze mówiąc) kaprysu.
Na początku naszej znajomości byłem nim zirytowany. Szczególnie jego zachowaniem. Ale z czasem zacząłem się do niego przekonywać, chociaż nie chciałem. TO było coś, na co nie miałem wpływu. Okazało się to zgubne, bo tylko zniszczyłem nam obydwojgu życie. Przez moje cholerne kaprysy, on się pogubił, ja też. Szczególnie z tą sprawą z Hintą.
Co lubiłem, a raczej kochałem w Uberze?
Najbardziej te jego przekonania i to jak się starał. To, jak strzelał fochy, rumienił się czasem zakłopotany i śmiał się z moich nieudanych kawałów. Mimo, że nie musiał, pobił z kumplami Davida, przez co wylądował w więzieniu. A to wszystko dla mnie.
Nigdy nie zapomnę jego wściekłego spojrzenia i oszołomionego wyrazu twarzy, gdy wykrzyknąłem, że Hinta to mój brat. Miał prawo być na mnie zły. Tylko nie rozumiałem, czemu wyjechał bez słowa. Czemu chociaż nie przyszedł do mnie, by zwyzywać. Sama jego obecność by mnie ucieszyła.
- Matt, jesteś tu?
Podniosłem się i wyszedłem z kabiny. Hinta ze zmartwioną miną do mnie podszedł i mocno przytulił.
- Dobrze się czujesz?
- A jak myślisz? - odparłem sarkastycznie.
- Matt, przestań...
- Przepraszam - westchnąłem. - Po prostu chcę już jechać do domu. Chcę mieć to za sobą.
Mój przyszywany brat pokiwał głową i poprawił mi czapkę na głowie. Potem poklepał po policzku. Ciągle patrzył na mnie jakbym miał zaraz zemdleć lub umrzeć.
- Nie musisz się o mnie martwić - powiedziałem.
- Muszę. Chcę. I będę - odparł ostro. - Jesteś moim braciszkiem. Zawsze będę się o ciebie martwił, mały.
- Nie jestem mały - powiedziałem ze słabym uśmiechem.
- Oczywiście, że jesteś - zaśmiał się.
Przytulił mnie, a potem wyszliśmy z męskiej toalety. Poszliśmy na górę. Dotarliśmy na miejsce akurat w momencie, gdy byliśmy proszeni o wejście.
________________________________
Gome, że tak krótko, ale w końcu się przełamałam i napisałam. Nie mam pojęcia czy jest dobre, czy złe. Jak dla mnie, raczej to drugie -_-
- Oskarżyciel, Matt Hiteku, proszę wstać.
Posłusznie wstałem, chociaż nogi miałem jak z waty. Trzęsłem się na samą myśl, by zeznawać przeciwko Davidowi. To było dla mnie tak strasznie... upokarzające.
- Proszę opowiedzieć o dniu, w którym zostałeś zmuszony do współżycia seksualnego przez oskarżonego - poprosił mnie sąd.
Zagryzłem wargę i odetchnąłem drżąco. Z tyłu Hinta szepnął, abym był spokojny i mówił. Tak też zrobiłem, chociaż mój mózg wzbraniał się od tego. Zbierało mi się na wymioty, gdy opowiadałem o tamtym dniu i nocy. Szczególnie, że David uśmiechał się kpiąco i parskał co chwilę. Irytował mnie. Denerwował.
A także mocno przerażał.
- Dziękuję, możesz usiąść - powiedział sędzia, zapisując sobie coś. - Teraz swoje zeznanie złoży oskarżony. Proszę wstać.
David arogancko podniósł się z krzesła. Patrzył na sędzie wyzywająco, dalej kpiąco uśmiechnięty.
- Proszę opowiedzieć o tym samym dniu, co poszkodowany.
- Poszkodowany? - parsknął chłopak. - Ten gnojek sam się o to prosił.
Zacisnąłem dłonie w pięści, wbijając wzrok w swoje kolana. Nie. Nie dam się mu sprowokować. Nie tym razem.
Nigdy więcej.
- Sam mnie zwodził. Matt zachowywał się w stosunku do mnie kokieteryjnie, jeśli tak to można nazwać. Robił wszystko specjalnie, byleby mnie sprowokować - zapewniał David, ciągle na mnie patrząc.
Usłyszałem jak Szurnięta Lili wciąga powietrze z sykiem, a mój ojciec cicho przeklina. Moja siostra natomiast przysięgała, że zabije Davida.
- Jeśli ktoś ma być tutaj poszkodowany, to tylko ja. Pewnie od samego początku obmyślał plan ze swoim kochasiem, by mnie zniszczyć - powiedział do sędziego z przekonaniem. - Obydwoje wiedzieli, że mój ojciec to wysoko postawiona osoba, więc jeżeli udupią jego syna, on straci wiarygodność i szacunek.
Miałem ochotę płakać. Czy on mówił serio? Czemu on musi być takim zakłamanym gnojem? Zgwałcił mnie, a teraz udaje zasrane niewiniątko. A po minach przysięgłych i sędziego, wnioskowałem, że są bardziej przychylni jego zeznaniom.
Błagam, nie...
- Matt Hiteku to fałszywa menda, wysoki sądzie - powiedział David.
- Proszę bez takich odnoszeń! - fuknął sędzia. - To jest sala rozpraw, nie jakiś bar!
- Tak, przepraszam - rzekł, udając skruszonego. - Tylko to przez te nerwy. Zdenerwowanie faktem, że jestem oskarżony o coś, czego nie zrobiłem.
- Nie zrobiłeś?! - wrzasnęła Lili na całą salę. - Sam się przed chwilą do tego przyznałeś, kapciu!
- Proszę o ciszę! - krzyknął sędzia.
- Ale to prawda! To David jest zakłamanym szują!
- SPOKÓJ!!! - ryknął.
Lili z oburzeniem usiadła na swoim miejscu. I tak miała szczęście, że nie wywalili jej z sali rozpraw.
David kontynuował swój monolog, a ja coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że mam ostro przesrane i chyba zaraz zemdleję lub zwymiotuję.
Zacząłem rozmyślać o Uberze. Ciekawe co teraz robił. Czy znalazł już sobie nowego chłopaka?
Żałowałem, że go tak długo okłamywałem. To nie miało sensu tak szczerze powiedziawszy. A mimo to, po prostu bałem się, że jeżeli wyjawię mu kim jest dla mnie Hinta, to on będzie chciał się z nim przeze mnie spotkać.
Byłem żałosny, to trzeba przyznać. Sam to wiedziałem. Kompletny kretyn, który ślepo wierzył swojemu eks, choremu psychicznie Davidowi. Kto by był na tyle pojebany, aby znowu wejść do tej samej rzeki?
Tylko i wyłącznie ja.
***
Po tym jak mój przyszywany brat nie wytrzymał i zaczął wrzeszczeć na Davida, sędzia zarządził piętnastominutową przerwę, aby wszyscy ochłonęli. Wyszedłem z sali z wielką ulgą wymalowaną na twarzy. Zanim ktoś zdołał mnie zatrzymać, pobiegłem do męskiej toalety na pierwszy piętrze. Wpadłem do jednej z wygodnych kabin i zamknąłem się na zamek.
Usiadłem na zamkniętym sedesie i schowałem twarz w dłonie. Za dużo. Za dużo emocji jak na jeden dzień w tak krótkim czasie. Cholera. Głowa zaczynała mnie boleć.
Chciałem znaleźć się w ramionach Ubera. Chciałem, by mnie przytulił i zapewnił, że jestem dla niego ważny.
Ale to tylko moje marzenia. Wiadome było, że Uber wyjechał do Colorado i już nie wróci dla mojego (kolejnego szczerze mówiąc) kaprysu.
Na początku naszej znajomości byłem nim zirytowany. Szczególnie jego zachowaniem. Ale z czasem zacząłem się do niego przekonywać, chociaż nie chciałem. TO było coś, na co nie miałem wpływu. Okazało się to zgubne, bo tylko zniszczyłem nam obydwojgu życie. Przez moje cholerne kaprysy, on się pogubił, ja też. Szczególnie z tą sprawą z Hintą.
Co lubiłem, a raczej kochałem w Uberze?
Najbardziej te jego przekonania i to jak się starał. To, jak strzelał fochy, rumienił się czasem zakłopotany i śmiał się z moich nieudanych kawałów. Mimo, że nie musiał, pobił z kumplami Davida, przez co wylądował w więzieniu. A to wszystko dla mnie.
Nigdy nie zapomnę jego wściekłego spojrzenia i oszołomionego wyrazu twarzy, gdy wykrzyknąłem, że Hinta to mój brat. Miał prawo być na mnie zły. Tylko nie rozumiałem, czemu wyjechał bez słowa. Czemu chociaż nie przyszedł do mnie, by zwyzywać. Sama jego obecność by mnie ucieszyła.
- Matt, jesteś tu?
Podniosłem się i wyszedłem z kabiny. Hinta ze zmartwioną miną do mnie podszedł i mocno przytulił.
- Dobrze się czujesz?
- A jak myślisz? - odparłem sarkastycznie.
- Matt, przestań...
- Przepraszam - westchnąłem. - Po prostu chcę już jechać do domu. Chcę mieć to za sobą.
Mój przyszywany brat pokiwał głową i poprawił mi czapkę na głowie. Potem poklepał po policzku. Ciągle patrzył na mnie jakbym miał zaraz zemdleć lub umrzeć.
- Nie musisz się o mnie martwić - powiedziałem.
- Muszę. Chcę. I będę - odparł ostro. - Jesteś moim braciszkiem. Zawsze będę się o ciebie martwił, mały.
- Nie jestem mały - powiedziałem ze słabym uśmiechem.
- Oczywiście, że jesteś - zaśmiał się.
Przytulił mnie, a potem wyszliśmy z męskiej toalety. Poszliśmy na górę. Dotarliśmy na miejsce akurat w momencie, gdy byliśmy proszeni o wejście.
________________________________
Gome, że tak krótko, ale w końcu się przełamałam i napisałam. Nie mam pojęcia czy jest dobre, czy złe. Jak dla mnie, raczej to drugie -_-
poniedziałek, 21 października 2013
Gome!
Ohayo! Muszę z przykrością stwierdzić, że mam kompletne zacięcie na pisanie. Brak weny. To wina szkoły. Za dużo nauki, przez co w ogóle nie mam czasu i ochoty pisać. Gome! Ale chętnie skorzystam z waszych propozycji. Jeśli macie jakieś pomysły na kolejny rozdział, chętnie je przyjmę! Tak więc czekam na wasze pomysły i jeszcze raz przepraszam.
czwartek, 10 października 2013
023
A więc, po pierwsze: przepraszam za wszystkie niezgodności medyczne i sądowe(chociaż takich momentów nie ma tutaj za wiele...). Nie znam się na takich typu sprawach, więc staram się jak najlogiczniej sama to jakoś napisać. Rzecz jasna nie wiem, czy to ma sens, no ale... Proszę o wyrozumiałość!
Po drugie podziękowania i krótkie komki do komentarzy w rozdziale 22:
Anka, jesteś głupia i już cię nie kocham, chociaż nie, chcem iść na twoje urodziny, więc cię kocham, ale nadal jesteś głupia!
Junko Sakai - dziękuję za miły komentarz :)
Katsumi - tak, wiem, że jest dużo niewiadomych, ale chylę się już do tego czasu, gdzie będzie wszystko spokojnie tłumaczone. Co do Ubera... hm. Przekonaj się sama :D
Gupia ;-; - chętnie, chętnie, zapraszam cię do siebie na Żyrafie. Może spodoba się mojemu Bambusowemu Czołgowi!
No i po trzecie:
Miłego czytania :)
Rozdział 23
Mrugałem oczami, starając się odsunąć od siebie przeraźliwą biel światła. Na początku widziałem czarne kropki, które z każdą sekundą przybierały coraz to bardziej wyraźniejszy kształt. W końcu potrafiłem dostrzec szczegóły nowej sali szpitalnej, w której leżałem. Była większa od mojej poprzedniej, wyposażona w więcej różnych dziwacznych sprzętów, z małą kanapą pod oknem. Na stolikach po prawej stronie stały świeże kwiaty i stos nowych kartek z życzeniami powrotu do zdrowia.
Starałem się usiąść, ale zakręciło mi się lekko w głowie. Jęknąłem i dotknąłem swojej czaszki dłonią. Zamarłem zaskoczony, bo zamiast swoich ciemnoblond włosów napotkałem ciasno przylegający do skóry bandaż.
Powoli przesunąłem się w nogi łóżka i wziąłem do ręki swoją kartę. Napisane na niej było, że dwa dni temu przeszedłem operację usunięcia skrzepu krwi w mózgu.
Czyli... usunęli mi go i dalej żyłem? Nie umarłem?
Zachciało mi się płakać i śmiać jednocześnie. Ze szczęścia rzecz jasna. No bo to była dobra nowina. Żyłem. Oszukałem Śmierć!
Siedziałem przez niecałe pięć minut sam w sali, gdy zacząłem się nagle zastanawiać, co zrobił Uber po tym jak straciłem przytomność. Słyszałem jak wykrzykuje moje imię. To dzięki jego głosowi wyrwałem się z tej nicości.
Tylko gdzie on jest? Znienawidził mnie za moje kłamstwa?
Westchnąłem i pogłaskałem się po głowie. Kurcze, ogolili mnie na łyso. Będę wyglądać jak kretyn.
Drzwi do sali nagle się otworzyły. Z progu pokoju patrzyła na mnie Lili ze łzami w oczach i Pan Bibliotekarz, trzymając w ręce kwiaty. Na mój widok zmieszał się trochę, a Szurnięta Lili rzuciła się na mnie, mocno ściskając.
- Ueee! - zapłakała. - Tak się martwiłam!
Płakała mi w ramię, a Bibliotekarz położył kwiaty w nogach łóżka.
- Dobrze, że się wybudziłeś - stwierdził rzeczowym tonem. - Dyrektor nas powiadomił o twoim nagłym... wypadku i potrzebie operacji. Nie mogliśmy przyjechać od razu.Przepraszamy.
- Nie, nic się nie stało - zapewniłem energicznie. - To... nic takiego. Nie musieliście.
- Owszem, musieliśmy - potrząsnęła głową zapłakana Lili. - Jesteśmy przyjaciółmi, tak? Nie mogę cię zostawić samego!
Uśmiechnąłem się lekko.
- Arigato - szepnąłem.
- Nie wiem co to znaczy, ale chyba coś miłego - parsknęła Lili, wycierając łzy.
Bibliotekarz rzucił jeszcze parę krótkich uwag i zdań, a potem chyłkiem się wycofał, mówiąc, że zaczeka na Lili w aucie. To on ją tu przywiózł i miał ją odwieźć.
- Tak się cieszę, że mnie odwiedziłaś - zapewniłem ją. - To miłe.
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Tak, tak - mruknęła. - Po prostu strasznie się bałam, że możesz umrzeć... To było okropne uczucie.
Przez parę minut rozmawialiśmy. Lili zdawała mi krótki raport na temat tego co się dzieje w szkole. O tym, że Jodie znalazła sobie chłopaka, dyrektor oszalał, bo chodził w różowym kimono(damskim) a reszta nauczycieli przejmowali się moim stanem. Ponoć do szkoły wrócił też Vinnie.
- A... co z Davidem? - spytałem cicho.
- Policja czeka tylko i wyłącznie na twoje zeznania - powiedziała. - Jesteś kluczowym oskarżycielem. Twój ojciec zrobił ogromną aferę na cały stan - wyznała konspiracyjnym szeptem. - Nie zamierza puścić mu tego płazem.
- Ja też nie. Chcę żeby zgnił w więzieniu za to co mi zrobił - wyszeptałem. - To gnój. To wszystko jego wina.
Lili pokiwała głową. A potem spytała co się wydarzyło między mną a Uberem.
- On... dowiedział się o Hincie. A co? - zmarszczyłem brwi.
- Cóż... przyszedł do szkoły, nawet się ze mną nie przywitał, od razu poszedł do dyrektora.
- Po co? - zdziwiłem się.
- On rzuca szkołę, Matt. Przeprowadza się do Colorado.
*
Kolejne dni byłem jak zombie. Ludzie przychodzili mnie odwiedzić, uśmiechali się, żartowali, a ja jedynie odpowiadałem im półgębkiem. Nie chciałem jeść, bo nie miałem ochoty. Hinta, który był przy mnie cały czas, na siłę wmuszał we mnie jedzenie. Lekarze mnie badali, ale ja nie słuchałem ich gadań. Byłem zamulony, leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit.
Bo nie miałem na nic siły i ochoty.
Odkąd dowiedziałem się, że Uber się przeprowadza, nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Po prostu nie wierzyłem w to. Nie wierzyłem, że był na mnie tak zły, że aż mnie zostawił. Hinta starał się ponoć z nim skontaktować, ale on nie odbierał, a jego rodzina nie przekazywała żadnych rozmów.
Dobijało mnie to...
Hinta kupił mi parę fajnych czapek, bo zgadł, że nie będę chciał chodzić z łysą głową, a na dodatek tak zalecali lekarze. By było mi ciepło. Jak się okazało, rodzice w ostatniej chwili zgodzili się na tą operację. Gdyby nie to, umarłbym. Na szczęście przerazili się i podpisali odpowiednie papiery.
Anabel odwiedzała mnie codziennie. Nawet po oświadczeniu, że nie umrę, nie przestała się mną nagle przejmować. Jakby ją i rodzinkę oświeciło. Ale mimo to miałem wszystko gdzieś.
- Matt, musisz jeść. Musisz żyć dalej - mówił do mnie Hinta. - Nie mogę patrzeć jak się tak marnujesz. Proszę cię, Matt...
Odwiedziła mnie policja i prokurator. Powiadomili mnie o dacie rozprawy. Stawiłem się na niej, w tym samym dniu co wypisali mnie ze szpitala.
Hinta, rodzice i Lili otaczali mnie ściśle, jakby bali się, że zaraz spadnie na mnie meteoryt i umrę im w tej chwili. Wszyscy byliśmy ubrani w ciemne, eleganckie ciuchy. Ja miałem na sobie dżinsy i koszulę z krawatem, a na głowie ciemną czapkę z pomponem. Stałem gapiąc się w czubki swoich butów, gdy wprowadzili wściekłego Davida.
Wyglądał... marnie. Chudszy, z średnio widocznymi sprawkami pobicia, z ręką i kostką w gipsie. Gdy mnie dostrzegł, zaśmiał się szyderczo i zatrzymał.
- Myślisz, że mnie zamkną? - prychnął, a Hinta po mojej prawej zacisnął dłonie w pięści. - Chyba sobie żartujesz. Jeszcze dzisiaj będę wolny. Jeszcze dzisiaj cię dorwę.
- Ty mały gnoju - syknął mój ojciec, zamachując się, ale uprzedziła go Lili.
Po korytarzu rozniosło się głośne plaśnięcie. Na policzku Davida widniał czerwony ślad ręki mojej Szurniętej przyjaciółki. Wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć. Niemal widziałem parę lecącą jej z uszu.
- Ty... Nie pieprz mi tutaj! - krzyknęła na cały korytarz. - Jesteś głupim kapciem, a kapcie i dzieci głosu nie mają! Więc morda, pasztecie!
Policjant złapał zdziwionego Davida za skute dłonie i pociągnął w kierunku sali. Zerknąłem na Lili, która dalej wyglądała na rozwścieczoną i bąknąłem ciche "dziękuję".
Wezwali nas na salę. Weszliśmy, każdy z nas podenerwowany, ale ja najbardziej. Starałem się zaprzątać swój umysł czymś kompletnie innym. Na przykład wspominałem to, co powiedzieli mi lekarze, gdy przyszli mnie zbadać już po operacji.
- No, chłopcze, masz szczęście - powiedział jakiś starszy mężczyzna z wąsikiem ala Adolf Hitler. - Naprawdę wielkie szczęście.
- Musimy wykonać jeszcze parę dokładnych badań zanim w ogóle zaczniemy rozmyślać nad tym, czy cię wypuścić do domu - dodał inny lekarz, o wiele młodszy od Adolfa. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie będziemy cię tu zatrzymywać.
- Możesz mieć migreny, zawroty głowy i inne dolegliwości tego typu. To się zdarza - mruknął Hitler. - Nie obawiaj się tego, ale jeśli to będzie się nasilało, to będzie zbyt uciążliwe, musisz się z tym zgłosić do nas.
- Nie będziesz miał już tych urojeń, więc powinieneś mieć łatwiejsze życie.
Łatwiejsze życie, ta?
Bez jaj.
Usiadłem na wygodnym krześle przy prokuratorze. Po drugiej stronie siedział David, który gromił mnie wzrokiem, chociaż jego adwokat szeptał mu coś na ucho. Ojciec mojego eks siedział za nim i rozmawiał z ludźmi, których nigdy w życiu nie widziałem na oczy.
Czekaliśmy na sędzie. Gapiłem się na swoje dłonie, byleby nie na Davida. Myślałem o czymś kompletnie innym, byle by tylko sobie nie przypominać tych okropnych scen.
Byłem żałosny. Wiedziałem to doskonale...
- Proszę wstać, sędzia Arthur U'Witckiel idzie - krzyknął na całą sale jakiś strażnik.
Posłusznie wstaliśmy. Na swoim miejscu usiadł ciemnoskóry sędzia. Rozłożył jakieś teczki i przesunął znudzonym wzrokiem po nas wszystkim.
- Proszę usiąść. Otwieram sprawę oskarżonego o gwałt i pobicie Davida Veaka.
Po drugie podziękowania i krótkie komki do komentarzy w rozdziale 22:
Anka, jesteś głupia i już cię nie kocham, chociaż nie, chcem iść na twoje urodziny, więc cię kocham, ale nadal jesteś głupia!
Junko Sakai - dziękuję za miły komentarz :)
Katsumi - tak, wiem, że jest dużo niewiadomych, ale chylę się już do tego czasu, gdzie będzie wszystko spokojnie tłumaczone. Co do Ubera... hm. Przekonaj się sama :D
Gupia ;-; - chętnie, chętnie, zapraszam cię do siebie na Żyrafie. Może spodoba się mojemu Bambusowemu Czołgowi!
No i po trzecie:
Miłego czytania :)
Rozdział 23
Mrugałem oczami, starając się odsunąć od siebie przeraźliwą biel światła. Na początku widziałem czarne kropki, które z każdą sekundą przybierały coraz to bardziej wyraźniejszy kształt. W końcu potrafiłem dostrzec szczegóły nowej sali szpitalnej, w której leżałem. Była większa od mojej poprzedniej, wyposażona w więcej różnych dziwacznych sprzętów, z małą kanapą pod oknem. Na stolikach po prawej stronie stały świeże kwiaty i stos nowych kartek z życzeniami powrotu do zdrowia.
Starałem się usiąść, ale zakręciło mi się lekko w głowie. Jęknąłem i dotknąłem swojej czaszki dłonią. Zamarłem zaskoczony, bo zamiast swoich ciemnoblond włosów napotkałem ciasno przylegający do skóry bandaż.
Powoli przesunąłem się w nogi łóżka i wziąłem do ręki swoją kartę. Napisane na niej było, że dwa dni temu przeszedłem operację usunięcia skrzepu krwi w mózgu.
Czyli... usunęli mi go i dalej żyłem? Nie umarłem?
Zachciało mi się płakać i śmiać jednocześnie. Ze szczęścia rzecz jasna. No bo to była dobra nowina. Żyłem. Oszukałem Śmierć!
Siedziałem przez niecałe pięć minut sam w sali, gdy zacząłem się nagle zastanawiać, co zrobił Uber po tym jak straciłem przytomność. Słyszałem jak wykrzykuje moje imię. To dzięki jego głosowi wyrwałem się z tej nicości.
Tylko gdzie on jest? Znienawidził mnie za moje kłamstwa?
Westchnąłem i pogłaskałem się po głowie. Kurcze, ogolili mnie na łyso. Będę wyglądać jak kretyn.
Drzwi do sali nagle się otworzyły. Z progu pokoju patrzyła na mnie Lili ze łzami w oczach i Pan Bibliotekarz, trzymając w ręce kwiaty. Na mój widok zmieszał się trochę, a Szurnięta Lili rzuciła się na mnie, mocno ściskając.
- Ueee! - zapłakała. - Tak się martwiłam!
Płakała mi w ramię, a Bibliotekarz położył kwiaty w nogach łóżka.
- Dobrze, że się wybudziłeś - stwierdził rzeczowym tonem. - Dyrektor nas powiadomił o twoim nagłym... wypadku i potrzebie operacji. Nie mogliśmy przyjechać od razu.Przepraszamy.
- Nie, nic się nie stało - zapewniłem energicznie. - To... nic takiego. Nie musieliście.
- Owszem, musieliśmy - potrząsnęła głową zapłakana Lili. - Jesteśmy przyjaciółmi, tak? Nie mogę cię zostawić samego!
Uśmiechnąłem się lekko.
- Arigato - szepnąłem.
- Nie wiem co to znaczy, ale chyba coś miłego - parsknęła Lili, wycierając łzy.
Bibliotekarz rzucił jeszcze parę krótkich uwag i zdań, a potem chyłkiem się wycofał, mówiąc, że zaczeka na Lili w aucie. To on ją tu przywiózł i miał ją odwieźć.
- Tak się cieszę, że mnie odwiedziłaś - zapewniłem ją. - To miłe.
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Tak, tak - mruknęła. - Po prostu strasznie się bałam, że możesz umrzeć... To było okropne uczucie.
Przez parę minut rozmawialiśmy. Lili zdawała mi krótki raport na temat tego co się dzieje w szkole. O tym, że Jodie znalazła sobie chłopaka, dyrektor oszalał, bo chodził w różowym kimono(damskim) a reszta nauczycieli przejmowali się moim stanem. Ponoć do szkoły wrócił też Vinnie.
- A... co z Davidem? - spytałem cicho.
- Policja czeka tylko i wyłącznie na twoje zeznania - powiedziała. - Jesteś kluczowym oskarżycielem. Twój ojciec zrobił ogromną aferę na cały stan - wyznała konspiracyjnym szeptem. - Nie zamierza puścić mu tego płazem.
- Ja też nie. Chcę żeby zgnił w więzieniu za to co mi zrobił - wyszeptałem. - To gnój. To wszystko jego wina.
Lili pokiwała głową. A potem spytała co się wydarzyło między mną a Uberem.
- On... dowiedział się o Hincie. A co? - zmarszczyłem brwi.
- Cóż... przyszedł do szkoły, nawet się ze mną nie przywitał, od razu poszedł do dyrektora.
- Po co? - zdziwiłem się.
- On rzuca szkołę, Matt. Przeprowadza się do Colorado.
*
Kolejne dni byłem jak zombie. Ludzie przychodzili mnie odwiedzić, uśmiechali się, żartowali, a ja jedynie odpowiadałem im półgębkiem. Nie chciałem jeść, bo nie miałem ochoty. Hinta, który był przy mnie cały czas, na siłę wmuszał we mnie jedzenie. Lekarze mnie badali, ale ja nie słuchałem ich gadań. Byłem zamulony, leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit.
Bo nie miałem na nic siły i ochoty.
Odkąd dowiedziałem się, że Uber się przeprowadza, nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Po prostu nie wierzyłem w to. Nie wierzyłem, że był na mnie tak zły, że aż mnie zostawił. Hinta starał się ponoć z nim skontaktować, ale on nie odbierał, a jego rodzina nie przekazywała żadnych rozmów.
Dobijało mnie to...
Hinta kupił mi parę fajnych czapek, bo zgadł, że nie będę chciał chodzić z łysą głową, a na dodatek tak zalecali lekarze. By było mi ciepło. Jak się okazało, rodzice w ostatniej chwili zgodzili się na tą operację. Gdyby nie to, umarłbym. Na szczęście przerazili się i podpisali odpowiednie papiery.
Anabel odwiedzała mnie codziennie. Nawet po oświadczeniu, że nie umrę, nie przestała się mną nagle przejmować. Jakby ją i rodzinkę oświeciło. Ale mimo to miałem wszystko gdzieś.
- Matt, musisz jeść. Musisz żyć dalej - mówił do mnie Hinta. - Nie mogę patrzeć jak się tak marnujesz. Proszę cię, Matt...
Odwiedziła mnie policja i prokurator. Powiadomili mnie o dacie rozprawy. Stawiłem się na niej, w tym samym dniu co wypisali mnie ze szpitala.
Hinta, rodzice i Lili otaczali mnie ściśle, jakby bali się, że zaraz spadnie na mnie meteoryt i umrę im w tej chwili. Wszyscy byliśmy ubrani w ciemne, eleganckie ciuchy. Ja miałem na sobie dżinsy i koszulę z krawatem, a na głowie ciemną czapkę z pomponem. Stałem gapiąc się w czubki swoich butów, gdy wprowadzili wściekłego Davida.
Wyglądał... marnie. Chudszy, z średnio widocznymi sprawkami pobicia, z ręką i kostką w gipsie. Gdy mnie dostrzegł, zaśmiał się szyderczo i zatrzymał.
- Myślisz, że mnie zamkną? - prychnął, a Hinta po mojej prawej zacisnął dłonie w pięści. - Chyba sobie żartujesz. Jeszcze dzisiaj będę wolny. Jeszcze dzisiaj cię dorwę.
- Ty mały gnoju - syknął mój ojciec, zamachując się, ale uprzedziła go Lili.
Po korytarzu rozniosło się głośne plaśnięcie. Na policzku Davida widniał czerwony ślad ręki mojej Szurniętej przyjaciółki. Wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć. Niemal widziałem parę lecącą jej z uszu.
- Ty... Nie pieprz mi tutaj! - krzyknęła na cały korytarz. - Jesteś głupim kapciem, a kapcie i dzieci głosu nie mają! Więc morda, pasztecie!
Policjant złapał zdziwionego Davida za skute dłonie i pociągnął w kierunku sali. Zerknąłem na Lili, która dalej wyglądała na rozwścieczoną i bąknąłem ciche "dziękuję".
Wezwali nas na salę. Weszliśmy, każdy z nas podenerwowany, ale ja najbardziej. Starałem się zaprzątać swój umysł czymś kompletnie innym. Na przykład wspominałem to, co powiedzieli mi lekarze, gdy przyszli mnie zbadać już po operacji.
- No, chłopcze, masz szczęście - powiedział jakiś starszy mężczyzna z wąsikiem ala Adolf Hitler. - Naprawdę wielkie szczęście.
- Musimy wykonać jeszcze parę dokładnych badań zanim w ogóle zaczniemy rozmyślać nad tym, czy cię wypuścić do domu - dodał inny lekarz, o wiele młodszy od Adolfa. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie będziemy cię tu zatrzymywać.
- Możesz mieć migreny, zawroty głowy i inne dolegliwości tego typu. To się zdarza - mruknął Hitler. - Nie obawiaj się tego, ale jeśli to będzie się nasilało, to będzie zbyt uciążliwe, musisz się z tym zgłosić do nas.
- Nie będziesz miał już tych urojeń, więc powinieneś mieć łatwiejsze życie.
Łatwiejsze życie, ta?
Bez jaj.
Usiadłem na wygodnym krześle przy prokuratorze. Po drugiej stronie siedział David, który gromił mnie wzrokiem, chociaż jego adwokat szeptał mu coś na ucho. Ojciec mojego eks siedział za nim i rozmawiał z ludźmi, których nigdy w życiu nie widziałem na oczy.
Czekaliśmy na sędzie. Gapiłem się na swoje dłonie, byleby nie na Davida. Myślałem o czymś kompletnie innym, byle by tylko sobie nie przypominać tych okropnych scen.
Byłem żałosny. Wiedziałem to doskonale...
- Proszę wstać, sędzia Arthur U'Witckiel idzie - krzyknął na całą sale jakiś strażnik.
Posłusznie wstaliśmy. Na swoim miejscu usiadł ciemnoskóry sędzia. Rozłożył jakieś teczki i przesunął znudzonym wzrokiem po nas wszystkim.
- Proszę usiąść. Otwieram sprawę oskarżonego o gwałt i pobicie Davida Veaka.
poniedziałek, 7 października 2013
022
Gome! Przepraszam, że musicie czekać na nowe rozdziały, ale po prostu nie mam czasu na pisanie. Obiecuję, że postaram się pisać częściej. Już niedługo dodam też nowy rozdział Z miłością jak na wojnie. Pozdrawiam i miłego czytania.
Rozdział 22
-
Hinta? To ... ty?
Uber
gapił się z szeroko otwartymi oczami na mojego przyszywanego brata. W jego
oczach widziałem bezgraniczne zaskoczenie, jak i zarazem szok.
-
Ja... lepiej już pójdę - mruknął Hinta.
Co... Nie! Hinta!
Jak
oparzony poderwał się z klęczek i rzucił w kierunku Japończyka. Złapał go za
ramię i przytrzymał, patrząc na niego z wypiekami na twarzy.
Przez
dobrą chwilę nikt się nie odezwał. Cisza w sali przerywana była tylko
piszczeniem aparatur, a także stłumionych przed dopiero co zamknięte drzwi
dźwięków z korytarza szpitala. Wiedziałem, że przyszedł ten czas, czas na
wyjaśnienia. Chciałem to odwlekać jak najdłużej... może nawet przez
wieczność... ale teraz wszystko przepadło. Zrujnowane.
-
Co tu się dzieje? - wyszeptał Uber. - Nie rozumiem... Wy się znacie?
Z
pytaniem zwrócił się do mnie. Marszczył niezrozumiale brwii, ciągle trzymając
za ramię Hinte, jakby bał się, że młody mężczyzna może zaraz uciec.
-
To...
Nie
potrafiłem mu odpowiedzieć. Głos mi się załamał. Po prostu... bałem się. Chyba
tak to można określić. Tylko... nie
mogłem się już teraz wycofać. Stało się. Hinta się pojawił, a ja nie potrafiłem
udawać. Nie miałem na to siły.
-
To mój brat - odpowiedział za mnie Hinta.
Dosłownie
miałem wrażenie, że słyszę taki mistyczny gąg, który zapowiada koniec świata.
Apokalipsę.
Uber
zaczął drżeć, sam nie wiem czemu. Z szoku? Przerażenia?
-
To... twój... b-brat? - wykrztusił, zaciskając palce na kurtce Hinty. - O
czym... o czym ty pieprzysz?! - krzyknął.
Przygryzłem
dolną wargę. Rozbolała mnie głowa, zacząłem czuć, że powinienem zawołać lekarza
lub pielęgniarkę, by dali mi jakieś tabletki. Pogarszało mi się. Czułem to bez
badań i opiń innych.
-
Jak to: to twój brat?! - wydusił Uber, wbijając we mnie niezrozumiały wzrok.
-
Hinta to mój przyszywany brat! - wrzasnąłem. - Czego w tym stwierdzeniu nie
rozumiesz?!
Puścił
ramię swojego eks.
-
Ty... czemu? Czemu nic mi nie powiedziałeś? - wyszeptał drżąco, robiąc w moim
kierunku chwiejny krok. - Czemu mnie oszukiwałeś?
-
Bo na początku sam nic nie rozumiałem. Nie miałem pojęcia, że Hinta jest homo.
Dla mnie samego to był szok. Ukrywałem to, bo chciałem najpierw zrozumieć. Gdy
Hinta wszystko mi wyjaśnił, nie chciałem ci mówić, bo się bałem. Nie wiem
czemu, ale po prostu się bałem... - wytłumaczyłem. - Nie chciałem cię stracić,
Uber.
-
Dlatego... Dlatego mnie okłamywałeś?! Czy ty sobie jaja robisz?! MATT!
Zacisnąłem
zęby i powieki.
-
Nie moja wina! Byłeś inny! Nie potrafię ci tego wytłumaczyć! Po prostu... ja...
j-ja...
Nagle
zaczęło kręcić mi się w głowie. Obraz przed oczami stopniowo mi się rozmazywał,
a głos przerażonego Hinty dobiegał do mnie jakby z oddali. Zamiast tego, w
głowie narastało mi przeraźliwe piszczenie. To było tak denerwujące, że
myślałem, że zwariuję. Bolała mnie głowa. Tak strasznie bolała...
Osunąłem
się w bok. Jako że siedziałem na krawędzi, zacząłem spadać na ziemię. Walnąłem
w nią, a ból uderzył mnie tak gwałtownie... że straciłem przytomność.
*
Ciemność...
Dosłownie
wszędzie ciemność.
Unosiłem
się w nicości. Nie czułem, nie słyszałem, NIE ROZUMIAŁEM. Gdzie ja jestem?
Czemu tu jestem? Co się ze mną stało? Gdzie Uber? A Hinta?
Starałem
się wytężyć umysł, ale nie potrafiłem. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, co się
stało. Ostatnim, co pamiętałem, to było to jak Hinta wchodzi do sali. A co
dalej? Czy Uber dowiedział się kim jest jego eks?
Rozpaczliwie
starałem się odsunąć od siebie wszechogarniającą ciemność. Chciałem się
poruszyć, obejrzeć za siebie... Ale nie mogłem. Nie potrafiłem. To było zbyt
wiele.
Uber...
Chciałem
go znowu zobaczyć. Miałem przytulić, pocałować. Tak bardzo za nim tęskniłem.
Tak bardzo się cieszyłem, gdy wpadł do mojej sali. Nie chciałem, by mnie
zostawiał. Nie mógł mnie zostawić. To byłoby zbyt przerażające.
Ale
mimo to czułem, że coś jest nie tak. Skoro wszedł do mojej sali Hinta, to na
pewno musiało się coś wydarzyć. Tylko co. Czy Uber... czy Uber jak się
dowiedział to się wściekł? Czy zwyzywał mnie? Czy powiedział, że nie chce mnie
już więcej zobaczyć?
Tęskniłem.
Po
tym co zrobił mi David, na pewno nigdy już nie będę taki jak dawniej.
Wiedziałem, że gwałt potrafi zrobić swoje. W mojej poprzedniej szkole była
jedna dziewczyna, która była zgwałcona. Od tamtego wydarzenia, zamknęła się w
sobie. Bała się tak samo, jak ja się bałem.
Wcześniej
nie rozumiałem. Albo lepiej - nie chciałem rozumieć. Tak. To było raczej to.
Wytężyłem
znowu swój umysł. Wydostań się, powtarzałem sobie w myślach. Wydostań się z tej
cholernej nicości... Matt... Matt... Matt!
-
MATT!
Czyjś
wrzask. Tak głęboki, rozdzierający... Och.
Znałem
ten głos.
To
był Uber.
Przeraźliwe
pikanie znowu się pojawiło. Narastało z każdą sekundą. Denerwujące...
-
MATT!!!
Zaczerpnąłem
gwałtownie powietrza, a moje ciało mimowolnie się uniosło, otwierając raptownie
oczy. Białe światło uderzyło mnie w oczy, na chwilę oślepiło. Piszczenie
osiągnęło najwyższy poziom.
Słyszałem...
Czułem...
...Uber...
piątek, 4 października 2013
021
Brudny toster jesteś... straszna. W pozytywnym sensie. Rzecz jasna.... Ale jednak. To ile ty masz lat, że tak dużo wiesz? Trzydzieści?! Wow. Aż mi szczęka opadła przy czytaniu twojego komentarza. Chyba że... Wujek Google i Ciocia Wikipedia poszły w ruch? Ale chyba nie, prawda?
Dziękuję wszystkim za miłe komentarze i cierpliwość. Wiem, że skończyłam w głupim momencie i powinnam dodać rozdział szybciej i lepiej, ale jestem zawalona sprawdzianami i terminami . Gome!
Rozdział 21
Ojcu udało się wyciągnąć Ubera z więzienia, a Davida do niego wysłać. Ucieszyła mnie ta wiadomość. Z obydwu powodów. Nie wiem, co radowało mnie bardziej.
Lili siedziała na moim łóżku i głośno opowiadała mi o tym, jak to chciała pobawić się w doktora z Jodie, ale ta uciekła do męskiego pokoju. Była tym faktem naprawdę przygnębiona. To mnie bawiło.
- Bibliotekarz o ciebie pytał - powiedziała w pewnym momencie. - Już po raz kolejny.
Uniosłem brwi.
- Mówił czemu?
Pokręciła głową, a jej czarne loki fruwały wokół jej twarzy.
- Nie-e. Po prostu pytał, a potem uciekł pod pretekstem ułożenia książek. Czyżby kolejne gej?
- Nie sądzę - mruknąłem. - Ma dziewczynę. Nauczycielka Hiszpańskiego.
- E? Niemożliwe - zaprzeczyła, patrząc na mnie zdziwiona. - Przecież ona ma męża i małe dziecko!
Zaskoczony wydałem z siebie głośne "och, nie wiedziałem". No bo to była prawda. Naprawdę o tym nie wiedziałem. Myślałem, że ona kręci z Bibliotekarzem, a on z nią. Dziwne. Nie widziałem na jej palcu obrączki...
- Gdzie twój brat? - spytała Lili. - Słodki jest, chociaż po tym co mi o nim i Uberze powiedziałeś to... no wiesz...
- Tak, wiem. Hinta pojechał załatwić jakąś ważną sprawę związaną ze swoją pracą. Nie chciał mnie zostawiać, ale kazałem mu iść.
- Hm. Słodko. Chociaż osobiście wolę go w tej wredniejszej wersji - uśmiechnęła się szyderczo.
Przez blisko kolejne pół godziny gadaliśmy o różnych rzeczach. Wiedziałem, że chce, abym jak najmniej myślał o tej swojej dolegliwości. O fakcie, że mogę umrzeć. W każdej chwili przez pogorszenie się mojego stanu.
Wiedziałem, że każdy kiedyś umrze. Na mnie po prostu przyszedł czas.
Ta, tyle że takie coś mówi się w filmach lub książkach. Ja się cholernie bałem. Jak nigdy dotąd. Nawet wtedy, jak David... to tamten strach nie może się liczyć z tym. Byłem świadomi nadciągających dni śmierci. Bałem się być słaby.
Gdy Lili sobie poszła, bo podawali mi jakieś leki, siedziałem na łóżku i bezczynnie gapiłem się w zagipsowaną rękę. Kurde.
Nagle ktoś otworzył z rozmachem drzwi od sali. Podniosłem zdziwiony głowę i głucho krzyknąłem, gdy dobrze znany mi chłopak zamknął mnie w swoim stalowym uścisku, lekko dysząc.
- Matt... O mój Boże... Matt... Przepraszam, że mnie przy tobie nie było. Przepraszam... - szeptał gorączkowo, ciągle mnie do siebie tuląc. Byłem tak zaskoczony, że nic nie mówiłem.
Uber odsunął się lekko i delikatnie pocałował w czoło. Potem w policzki, nos i na końcu musnął moje usta. Przed moimi oczami pojawił się obraz Davida, ale zniknął równie szybko jak się pojawił.
- Wypuścili mnie. Twój ojciec rozmawiał z moim, a potem jeszcze z policją. Przepraszam, że nie byłem przy tobie - stęknął ze łzami w oczach. - Powinienem być, a nie byłem. Jestem kompletnym kretynem...
Znów mnie pocałował, tym razem mocniej. Kiedy go od siebie odsunąłem, byłem cały zarumieniony.
- Cieszę się... że tu jesteś - wyznałem cichym szeptem.
Zamrugał, jakby chciał się pozbyć nieistniejących już łez. Pogłaskał mnie po głowie.
- Twój ojciec... powiedział mi, co ci jest. Powiedział, że... że ty... - przerwał, całkowicie niezdolny do dokończenia zdania. - Przepraszam.
- Ale to nie twoja wina - zapewniłem. - Tu tylko i wyłącznie zawinił D-David.
- Tylko gdybym był przy tobie... gdybym nie wymyślił tego, byś zerwał z nim na oczach ludzi... - załkał głucho. - To wszystko moja wina!
Klęcząc obok mojego łóżka, schował twarz w dłoniach. Jego ramiona lekko drżały od powstrzymywanego płaczu. Więzienie chyba mu nie posłużyło, bo był załamany. Dosłownie. Widziałem to w jego oczach i wyrazie twarzy. To mnie lekko... zaskoczyło.
- Uber, wszystko dobrze. Nic mi nie jest...
- Nic ci nie jest?! - wybuchł tak gwałtownie, że aż podskoczyłem i popatrzyłem na niego szczerze przerażony. - Możesz umrzeć, Matt, a ty mówisz, że nic ci nie jest?!
Serce waliło mi jak oszalałe, gdy tak gapiłem się w jego oczy. Przypomniał mi się David, na co od razu zacząłem drżeć, a do oczu napłynęły mi łzy.
- Matt, nie możesz mówić, że nic ci nie jest, skoro tak naprawdę jest! - wykrzyknął. - Ty...
- Proszę o ciszę! - wysyczała pielęgniarka, która nagle wpadła do mojej sali. - Bez krzyków, chłopcze, bo cię wyproszę. Siłą, jeśli będzie trzeba.
A potem odwróciła się i łypiąc na nas groźnie odeszła, nie zamykając za sobą drzwi, więc widziałem lekki ruch na korytarzu.
Uber popatrzył na mnie z powrotem.
- Nie możesz, Matt... Nie możesz umrzeć - wypalił nagle. - Nie wiem co ja bez ciebie zrobię. Po prostu nie wiem. Jesteś dla mnie zbyt ważny. Kocham cię. Doskonale o tym wiesz...
Pokiwałem lekko głową, niezdolny do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Gardło miałem zbyt ściśnięte.
Uber złapał moją zdrową rękę i splótł nasze palce. Potem ucałował wierzch mojej dłoni i zamknął oczy.
- Kocham cię, więc mnie nie zostawiaj. Nawet nie próbuj.
Miałem się ochotę popłakać. Czemu zdałem sobie sprawę z moich i jego uczuć tak dobrze dopiero teraz w obliczu śmierci? Dlaczego akurat wtedy, gdy prawdopodobnie umrę?
"Ponieważ jesteś żałosny", szepnął mi w umyśle głos Davida.
Nie. Nie teraz. Odejdź, ty cholerne urojenie. Nie chcę cię słuchać.
"Jesteś naiwny. Zrobisz wszystko ci ci każę"
Zacisnąłem oczy i zęby.
- Matt, coś się stało? - spytał zaniepokojony Uber, dotykając mojego policzka.
Pokręciłem wolno głową.
Urojenia. To tylko urojenia. Jego tutaj nie ma. I nie będzie. To tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Nic po za tym, naprawdę.
- Wezwać lekarza? - wyszeptał przestraszony Uber, ciągle trzymając moją rękę w kurczowym uścisku.
- Nie - odparłem słabo. - Nie musisz. Zaraz mi przejdzie.
Spokojnie klęczał koło łóżka i czekał. Minęło. Po dziesięciu minutach. Przez cały ten czas cichy głos Davida w mojej głowie podszeptywał mi okropne słowa. Kim jestem dla niego i dla całego świata. Jaki jestem żałosny. Głupi.
Gdy zniknął, popatrzyłem na Ubera, który przyglądał mi się z niepokojem.
- To... przez to coś w mojej głowię - powiedziałem przepraszająco.
- Urojenia? - zagadnął cicho. - Twój ojciec mi mówił.
Pokiwałem głową.
- A jakie one są? - spytał, nie mogą się powstrzymać, chociaż widziałem w jego oczach, że żałował, że zapytał.
- Słyszę Davida. Jego głos i słowa.
Jęknął i przymknął oczy.
- To moja wina - powtórzył po raz kolejny.
- Nie, nie, Uber. To nie twoja win...
Jednak nie dane było mi się znowu z nim sprzeczać, bo do sali ktoś wszedł. Ktoś, kto nie był tu najmilej teraz widziany. Nie w tej sytuacji.
- Och... Szlag - szepnął intruz.
Uber gapił się na niego oniemiały. W końcu puścił moją dłoń i wyszeptał:
- Hinta?
Dziękuję wszystkim za miłe komentarze i cierpliwość. Wiem, że skończyłam w głupim momencie i powinnam dodać rozdział szybciej i lepiej, ale jestem zawalona sprawdzianami i terminami . Gome!
Rozdział 21
Ojcu udało się wyciągnąć Ubera z więzienia, a Davida do niego wysłać. Ucieszyła mnie ta wiadomość. Z obydwu powodów. Nie wiem, co radowało mnie bardziej.
Lili siedziała na moim łóżku i głośno opowiadała mi o tym, jak to chciała pobawić się w doktora z Jodie, ale ta uciekła do męskiego pokoju. Była tym faktem naprawdę przygnębiona. To mnie bawiło.
- Bibliotekarz o ciebie pytał - powiedziała w pewnym momencie. - Już po raz kolejny.
Uniosłem brwi.
- Mówił czemu?
Pokręciła głową, a jej czarne loki fruwały wokół jej twarzy.
- Nie-e. Po prostu pytał, a potem uciekł pod pretekstem ułożenia książek. Czyżby kolejne gej?
- Nie sądzę - mruknąłem. - Ma dziewczynę. Nauczycielka Hiszpańskiego.
- E? Niemożliwe - zaprzeczyła, patrząc na mnie zdziwiona. - Przecież ona ma męża i małe dziecko!
Zaskoczony wydałem z siebie głośne "och, nie wiedziałem". No bo to była prawda. Naprawdę o tym nie wiedziałem. Myślałem, że ona kręci z Bibliotekarzem, a on z nią. Dziwne. Nie widziałem na jej palcu obrączki...
- Gdzie twój brat? - spytała Lili. - Słodki jest, chociaż po tym co mi o nim i Uberze powiedziałeś to... no wiesz...
- Tak, wiem. Hinta pojechał załatwić jakąś ważną sprawę związaną ze swoją pracą. Nie chciał mnie zostawiać, ale kazałem mu iść.
- Hm. Słodko. Chociaż osobiście wolę go w tej wredniejszej wersji - uśmiechnęła się szyderczo.
Przez blisko kolejne pół godziny gadaliśmy o różnych rzeczach. Wiedziałem, że chce, abym jak najmniej myślał o tej swojej dolegliwości. O fakcie, że mogę umrzeć. W każdej chwili przez pogorszenie się mojego stanu.
Wiedziałem, że każdy kiedyś umrze. Na mnie po prostu przyszedł czas.
Ta, tyle że takie coś mówi się w filmach lub książkach. Ja się cholernie bałem. Jak nigdy dotąd. Nawet wtedy, jak David... to tamten strach nie może się liczyć z tym. Byłem świadomi nadciągających dni śmierci. Bałem się być słaby.
Gdy Lili sobie poszła, bo podawali mi jakieś leki, siedziałem na łóżku i bezczynnie gapiłem się w zagipsowaną rękę. Kurde.
Nagle ktoś otworzył z rozmachem drzwi od sali. Podniosłem zdziwiony głowę i głucho krzyknąłem, gdy dobrze znany mi chłopak zamknął mnie w swoim stalowym uścisku, lekko dysząc.
- Matt... O mój Boże... Matt... Przepraszam, że mnie przy tobie nie było. Przepraszam... - szeptał gorączkowo, ciągle mnie do siebie tuląc. Byłem tak zaskoczony, że nic nie mówiłem.
Uber odsunął się lekko i delikatnie pocałował w czoło. Potem w policzki, nos i na końcu musnął moje usta. Przed moimi oczami pojawił się obraz Davida, ale zniknął równie szybko jak się pojawił.
- Wypuścili mnie. Twój ojciec rozmawiał z moim, a potem jeszcze z policją. Przepraszam, że nie byłem przy tobie - stęknął ze łzami w oczach. - Powinienem być, a nie byłem. Jestem kompletnym kretynem...
Znów mnie pocałował, tym razem mocniej. Kiedy go od siebie odsunąłem, byłem cały zarumieniony.
- Cieszę się... że tu jesteś - wyznałem cichym szeptem.
Zamrugał, jakby chciał się pozbyć nieistniejących już łez. Pogłaskał mnie po głowie.
- Twój ojciec... powiedział mi, co ci jest. Powiedział, że... że ty... - przerwał, całkowicie niezdolny do dokończenia zdania. - Przepraszam.
- Ale to nie twoja wina - zapewniłem. - Tu tylko i wyłącznie zawinił D-David.
- Tylko gdybym był przy tobie... gdybym nie wymyślił tego, byś zerwał z nim na oczach ludzi... - załkał głucho. - To wszystko moja wina!
Klęcząc obok mojego łóżka, schował twarz w dłoniach. Jego ramiona lekko drżały od powstrzymywanego płaczu. Więzienie chyba mu nie posłużyło, bo był załamany. Dosłownie. Widziałem to w jego oczach i wyrazie twarzy. To mnie lekko... zaskoczyło.
- Uber, wszystko dobrze. Nic mi nie jest...
- Nic ci nie jest?! - wybuchł tak gwałtownie, że aż podskoczyłem i popatrzyłem na niego szczerze przerażony. - Możesz umrzeć, Matt, a ty mówisz, że nic ci nie jest?!
Serce waliło mi jak oszalałe, gdy tak gapiłem się w jego oczy. Przypomniał mi się David, na co od razu zacząłem drżeć, a do oczu napłynęły mi łzy.
- Matt, nie możesz mówić, że nic ci nie jest, skoro tak naprawdę jest! - wykrzyknął. - Ty...
- Proszę o ciszę! - wysyczała pielęgniarka, która nagle wpadła do mojej sali. - Bez krzyków, chłopcze, bo cię wyproszę. Siłą, jeśli będzie trzeba.
A potem odwróciła się i łypiąc na nas groźnie odeszła, nie zamykając za sobą drzwi, więc widziałem lekki ruch na korytarzu.
Uber popatrzył na mnie z powrotem.
- Nie możesz, Matt... Nie możesz umrzeć - wypalił nagle. - Nie wiem co ja bez ciebie zrobię. Po prostu nie wiem. Jesteś dla mnie zbyt ważny. Kocham cię. Doskonale o tym wiesz...
Pokiwałem lekko głową, niezdolny do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Gardło miałem zbyt ściśnięte.
Uber złapał moją zdrową rękę i splótł nasze palce. Potem ucałował wierzch mojej dłoni i zamknął oczy.
- Kocham cię, więc mnie nie zostawiaj. Nawet nie próbuj.
Miałem się ochotę popłakać. Czemu zdałem sobie sprawę z moich i jego uczuć tak dobrze dopiero teraz w obliczu śmierci? Dlaczego akurat wtedy, gdy prawdopodobnie umrę?
"Ponieważ jesteś żałosny", szepnął mi w umyśle głos Davida.
Nie. Nie teraz. Odejdź, ty cholerne urojenie. Nie chcę cię słuchać.
"Jesteś naiwny. Zrobisz wszystko ci ci każę"
Zacisnąłem oczy i zęby.
- Matt, coś się stało? - spytał zaniepokojony Uber, dotykając mojego policzka.
Pokręciłem wolno głową.
Urojenia. To tylko urojenia. Jego tutaj nie ma. I nie będzie. To tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Nic po za tym, naprawdę.
- Wezwać lekarza? - wyszeptał przestraszony Uber, ciągle trzymając moją rękę w kurczowym uścisku.
- Nie - odparłem słabo. - Nie musisz. Zaraz mi przejdzie.
Spokojnie klęczał koło łóżka i czekał. Minęło. Po dziesięciu minutach. Przez cały ten czas cichy głos Davida w mojej głowie podszeptywał mi okropne słowa. Kim jestem dla niego i dla całego świata. Jaki jestem żałosny. Głupi.
Gdy zniknął, popatrzyłem na Ubera, który przyglądał mi się z niepokojem.
- To... przez to coś w mojej głowię - powiedziałem przepraszająco.
- Urojenia? - zagadnął cicho. - Twój ojciec mi mówił.
Pokiwałem głową.
- A jakie one są? - spytał, nie mogą się powstrzymać, chociaż widziałem w jego oczach, że żałował, że zapytał.
- Słyszę Davida. Jego głos i słowa.
Jęknął i przymknął oczy.
- To moja wina - powtórzył po raz kolejny.
- Nie, nie, Uber. To nie twoja win...
Jednak nie dane było mi się znowu z nim sprzeczać, bo do sali ktoś wszedł. Ktoś, kto nie był tu najmilej teraz widziany. Nie w tej sytuacji.
- Och... Szlag - szepnął intruz.
Uber gapił się na niego oniemiały. W końcu puścił moją dłoń i wyszeptał:
- Hinta?
wtorek, 1 października 2013
Gome
Przykro mi, rozdziałku nie ma. Brak weny. Gome. Ale za to chciałabym was zaprosić na mój nowy blog z opowiadaniem. Z miłością jak na wojnie . Obiecuję, że do końca tygodnia napiszę nowy rozdział Idioty.
niedziela, 29 września 2013
020
Więc napisałam. Nie wiem, czy coś takiego przez coś takiego mogło się stać, bo nie jestem lekarzem. I nie mam pod ręką lekarza, a internetu używam tylko do dodania rozdziału, więc nie sprawdziłam. Jeżeli się znacie i uważacie, że to niemożliwe, przepraszam. Mam nadzieję, że nie przesadziłam i rozdział się podoba. Aha, Brudny toster , proszę bardzo. Drukuj sobie, czy co tam chcesz i stawiaj na półce! Będę prze szczęśliwa. Ale uprzedzam, wyszło mu już tego opka 80 stron! OMFG. Właśnie obliczyłam, że na jeden rozdział przypadają cztery strony. Bosh, ale ze mnie kretynka...
I dodaję jeszcze narysowany przez siebie rysunek. Ktoś poznaje?
Rozdział 20
Nie wiem co mi się stało. W jednej chwili było wszystko dobrze. W drugiej wrzeszczałem, bo czułem Davida. Każdą komórką mojego ciała. Nie wiem jak, skoro go nie widziałem, ale wiedziałem, że on wtedy tam był.
Gdy Hinta starał się mnie uspokoić, do pomieszczenia wpadła lekarka z Lili. Nastolatka była zszokowana, kobieta od razu zawołała sanitariuszy, którzy przyszpilili mnie do ziemi i podali jakieś leki. Płakałem i wrzeszczałem. Po prostu...
Nie wiem. Nie potrafię tego określić.
Tak więc skończyło się na tym, że leżałem na łóżku, dosłownie do niego przykuty, skórzanymi pasami. Gapiłem się tępo w sufit.
- Zamknij się - wyszeptałem po raz kolejny.
Nie rozumiałem co się ze mną działo. Miałem urojenia. Co to jest? Jakaś cholerna schizofrenia?!
- Matt.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem Hinte stojącego w drzwiach sali. Przyglądał mi się ze zmarszczonym czołem, zapewne zastanawiając się, czy wezwać lekarza. Chyba go wystraszyłem tym swoim atakiem znienacka. Cóż, sam byłbym przerażony swoim wyczynianiem.
- Jak się czujesz? - spytał mój brat.
Wzruszyłem ramionami.
- Dobrze. Jest dobrze, Hinta.
Pokiwał głową i zacisnął szczękę. Potem wolnym krokiem zbliżył się do mojego łóżka i przysunął sobie krzesło, by na nim usiąść.
- Co się stało? Co ja... Dlaczego tak jest? - wyszeptałem.
Hinta przymknął oczy i zwiesił głowę.
O cholera.
Coś było nie tak.
- Gdy przyszedłeś do szpitala po tym jak David cię zgwałcił... lekarka nie zbadała cię dokładnie - zaczął tłumaczyć drżącym głosem. - Od pobicia, powstał skrzep krwi, który dostał się do mózgu. Uciska na którąś tam część... nie pamiętam jaką. Ale lekarze mówią, że przez nacisk na narząd... wydaje ci się, że widzisz coś czego nie ma. Że słyszysz coś, co nie istnieje. Masz po prostu urojenia od tego skrzepu w mózgu.
Gapiłem się na niego oniemiały. Że co? Że niby mam w mózgu coś co sprawia, że mam pieprzone urojenia?!
- O czym ty gadasz, Hinta? - wydusiłem z siebie. - Wiesz, że nienawidzę takich żartów!
- Nie żartuję! - powiedział wściekły. - Ta głupia suka, lekarka, źle cię zbadała! Gdyby zrobiła to dokładniej, nie byłoby teraz komplikacji!
- Jakich komplikacji? - szepnąłem. Mimowolnie drżałem na całym ciele.
Hinta schował twarz w dłoniach, opierając łokcie na kolanach. Gapiłem się na czubek jego głowy.
- Skrzep jest w miejscu, które jest bardzo wrażliwe. Lekarze mówią, że ta operacja może cię zabić. To jest szansa jeden do dziesięciu.
Popatrzył na mnie, uśmiechając się ze smutną ironią.
- Dają ci wybór. Umrzesz przez skrzep w mózgu, albo zabije cię próba uratowania.
Miałem szeroko otwarte oczy, nie mogąc uwierzyć w to wszystko. Czy on sobie jaja robi? A może jestem w ukrytej kamerze? To nie jest żaden serial DrHouse! Przecież to nie mogło spotkać akurat mnie! To niemożliwe...
- Przecież... przecież jest szansa, że przeżyję, prawda?
- To jest tak niebezpieczne, że lekarze nie dają ci tego. Boją się...
Objął głowę dłońmi i zaszlochał. Widziałem łzy spływające po jego policzkach i skapujące na posadzkę. Patrzyłem na niego, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Nie potrafiłem... Nie chciałem uwierzyć w to wszystko. To było jak jakiś chory koszmar.
Sen, z którego nie mogłem się obudzić.
*
- Chcę tej operacji!
- Możesz umrzeć, Matt!
- Również mogę umrzeć przez ten pieprzony skrzep krwi, tato!
Gapiłem się rozwścieczony na ojca. Stał przy moim łóżku po prawej stronie z matką i dziwnie smutną Anabel. Po drugiej stronie stał lekarz o imieniu George i Hinta.
- Operacja faktycznie jest bardzo niebezpieczna, ale jeśli się uda, pański syn będzie żył normalnie - powiedział lekarz. - Póki ma skrzep, będzie miał urojenia. To będzie nasilało się z czasem. Potem te urojenia mogą stać się czymś poważniejszym. I pański syn umrze.
- Ile miałby czasu z tym czymś w głowie? - spytała Anabel lekarza. Po raz pierwszy od dłuższego czasu widziałem ją bez telefonu.
- To zależy - odparł z wahaniem.
- Ile? - warknęła, piorunując go wzrokiem.
- Jakieś dwa miesiące. Maksimum.
Ojciec głośno powiedział "kurwa". Matka, która w normalnych okolicznościach zaczęła by mu to wypominać, teraz stała cicho przy jego boku, pustym wzrokiem patrząc mi w oczy.
Anabel nagle zaczęła płakać. Lekarz mruknął coś pod nosem i wyszedł z sali. Moja siostra ryczała coraz głośniej, a makijaż zaczął się jej rozmywać.
- To nie fair! - wykrztusiła, ocierając łzy. - Dlaczego to wszystko się tak potoczyło?! Dlaczego ty, Matt?
Siedziałem cicho, bo nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Sam je sobie zadawałem. Tyle że to nie było takie łatwe. Wykraczało poza granice mojej inteligencji.
- Zabiję tego małego gnojka - syknął ojciec, pocierając zarośnięte policzki. - Jego ojca też...
Mimowolnie zadrżałem na wspomnienie Davida. Hinta to zauważył i posłał ojcu wściekłe spojrzenie. Ten zacisnął szczękę i wyszedł.
- Matthiew...
Popatrzyłem na mamę. Tylko ona mówiła do mnie pełnym imieniem. Matthiew. Jeszcze jakiś czas temu zacząłbym pyskować, żeby tak do mnie nie mówiła, ale teraz nie miałem na to siły. Na dodatek widziałem, że była na skraju załamania nerwowego. Jakby miała się za chwilę rozpłakać i nigdy nie przestać.
- Czemu tak nagle was obchodzę? - wypaliłem, zanim zdołałem ugryźć się w język.
- Nie mów tak - jęknęła Anabel, wycierając twarz chusteczką.
- Czemu? Taka jest prawda - wzruszyłem ramionami. - Pomiataliście mną. Traktowaliście jak piąte koło u wozu. Nawet Hinte traktowaliście lepiej ode mnie!
- Matt - zaczął mój przyszywany brat, łapiąc mnie za rękę, ale wyrwałem się.
- No co?! Może to nie prawda?! Zawsze obchodziły was pieniądze. To było na pierwszym miejscu. Mamo, wolałaś siedzieć na bankietach, u swoich bogatych przyjaciółek. Anabel, ty zrobiłaś z siebie cholerny plastik w skąpych ciuchach, kompletnie bez mózgu! Ojciec to sknera! Więc czemu nagle zacząłem was obchodzić?! - krzyczałem wściekły.
- Może nie byliśmy idealnymi rodzicami, ale teraz chcemy to naprawić! - powiedziała matka.
- Bo prawdopodobnie umrę? - prychnąłem. - Chcecie załatwić sobie odkupienie, za to jacy byliście? Żałosne.
- Matt! - fuknął Hinta.
- Wyjdźcie - szepnąłem, zaciskając powieki. - Wynocha! - ryknąłem.
Z ociąganiem wszyscy się wycofali. Ostatni był Hinta, który zatrzymał się w drzwiach, by na mnie popatrzeć.
- Chcę zobaczyć Ubera - wyznałem. - Błagam, sprowadź go tu do mnie.
Pokiwał głową i zamknął drzwi. Opadłem na niewygodne łóżko i wbiłem wzrok w biały sufit. Potem, nie wiedząc czemu, zacząłem się histerycznie śmiać. Śmiałem się i płakałem jednocześnie.
To było żałosne.
I dodaję jeszcze narysowany przez siebie rysunek. Ktoś poznaje?
Rozdział 20
Nie wiem co mi się stało. W jednej chwili było wszystko dobrze. W drugiej wrzeszczałem, bo czułem Davida. Każdą komórką mojego ciała. Nie wiem jak, skoro go nie widziałem, ale wiedziałem, że on wtedy tam był.
Gdy Hinta starał się mnie uspokoić, do pomieszczenia wpadła lekarka z Lili. Nastolatka była zszokowana, kobieta od razu zawołała sanitariuszy, którzy przyszpilili mnie do ziemi i podali jakieś leki. Płakałem i wrzeszczałem. Po prostu...
Nie wiem. Nie potrafię tego określić.
Tak więc skończyło się na tym, że leżałem na łóżku, dosłownie do niego przykuty, skórzanymi pasami. Gapiłem się tępo w sufit.
- Zamknij się - wyszeptałem po raz kolejny.
Nie rozumiałem co się ze mną działo. Miałem urojenia. Co to jest? Jakaś cholerna schizofrenia?!
- Matt.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem Hinte stojącego w drzwiach sali. Przyglądał mi się ze zmarszczonym czołem, zapewne zastanawiając się, czy wezwać lekarza. Chyba go wystraszyłem tym swoim atakiem znienacka. Cóż, sam byłbym przerażony swoim wyczynianiem.
- Jak się czujesz? - spytał mój brat.
Wzruszyłem ramionami.
- Dobrze. Jest dobrze, Hinta.
Pokiwał głową i zacisnął szczękę. Potem wolnym krokiem zbliżył się do mojego łóżka i przysunął sobie krzesło, by na nim usiąść.
- Co się stało? Co ja... Dlaczego tak jest? - wyszeptałem.
Hinta przymknął oczy i zwiesił głowę.
O cholera.
Coś było nie tak.
- Gdy przyszedłeś do szpitala po tym jak David cię zgwałcił... lekarka nie zbadała cię dokładnie - zaczął tłumaczyć drżącym głosem. - Od pobicia, powstał skrzep krwi, który dostał się do mózgu. Uciska na którąś tam część... nie pamiętam jaką. Ale lekarze mówią, że przez nacisk na narząd... wydaje ci się, że widzisz coś czego nie ma. Że słyszysz coś, co nie istnieje. Masz po prostu urojenia od tego skrzepu w mózgu.
Gapiłem się na niego oniemiały. Że co? Że niby mam w mózgu coś co sprawia, że mam pieprzone urojenia?!
- O czym ty gadasz, Hinta? - wydusiłem z siebie. - Wiesz, że nienawidzę takich żartów!
- Nie żartuję! - powiedział wściekły. - Ta głupia suka, lekarka, źle cię zbadała! Gdyby zrobiła to dokładniej, nie byłoby teraz komplikacji!
- Jakich komplikacji? - szepnąłem. Mimowolnie drżałem na całym ciele.
Hinta schował twarz w dłoniach, opierając łokcie na kolanach. Gapiłem się na czubek jego głowy.
- Skrzep jest w miejscu, które jest bardzo wrażliwe. Lekarze mówią, że ta operacja może cię zabić. To jest szansa jeden do dziesięciu.
Popatrzył na mnie, uśmiechając się ze smutną ironią.
- Dają ci wybór. Umrzesz przez skrzep w mózgu, albo zabije cię próba uratowania.
Miałem szeroko otwarte oczy, nie mogąc uwierzyć w to wszystko. Czy on sobie jaja robi? A może jestem w ukrytej kamerze? To nie jest żaden serial DrHouse! Przecież to nie mogło spotkać akurat mnie! To niemożliwe...
- Przecież... przecież jest szansa, że przeżyję, prawda?
- To jest tak niebezpieczne, że lekarze nie dają ci tego. Boją się...
Objął głowę dłońmi i zaszlochał. Widziałem łzy spływające po jego policzkach i skapujące na posadzkę. Patrzyłem na niego, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Nie potrafiłem... Nie chciałem uwierzyć w to wszystko. To było jak jakiś chory koszmar.
Sen, z którego nie mogłem się obudzić.
*
- Chcę tej operacji!
- Możesz umrzeć, Matt!
- Również mogę umrzeć przez ten pieprzony skrzep krwi, tato!
Gapiłem się rozwścieczony na ojca. Stał przy moim łóżku po prawej stronie z matką i dziwnie smutną Anabel. Po drugiej stronie stał lekarz o imieniu George i Hinta.
- Operacja faktycznie jest bardzo niebezpieczna, ale jeśli się uda, pański syn będzie żył normalnie - powiedział lekarz. - Póki ma skrzep, będzie miał urojenia. To będzie nasilało się z czasem. Potem te urojenia mogą stać się czymś poważniejszym. I pański syn umrze.
- Ile miałby czasu z tym czymś w głowie? - spytała Anabel lekarza. Po raz pierwszy od dłuższego czasu widziałem ją bez telefonu.
- To zależy - odparł z wahaniem.
- Ile? - warknęła, piorunując go wzrokiem.
- Jakieś dwa miesiące. Maksimum.
Ojciec głośno powiedział "kurwa". Matka, która w normalnych okolicznościach zaczęła by mu to wypominać, teraz stała cicho przy jego boku, pustym wzrokiem patrząc mi w oczy.
Anabel nagle zaczęła płakać. Lekarz mruknął coś pod nosem i wyszedł z sali. Moja siostra ryczała coraz głośniej, a makijaż zaczął się jej rozmywać.
- To nie fair! - wykrztusiła, ocierając łzy. - Dlaczego to wszystko się tak potoczyło?! Dlaczego ty, Matt?
Siedziałem cicho, bo nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Sam je sobie zadawałem. Tyle że to nie było takie łatwe. Wykraczało poza granice mojej inteligencji.
- Zabiję tego małego gnojka - syknął ojciec, pocierając zarośnięte policzki. - Jego ojca też...
Mimowolnie zadrżałem na wspomnienie Davida. Hinta to zauważył i posłał ojcu wściekłe spojrzenie. Ten zacisnął szczękę i wyszedł.
- Matthiew...
Popatrzyłem na mamę. Tylko ona mówiła do mnie pełnym imieniem. Matthiew. Jeszcze jakiś czas temu zacząłbym pyskować, żeby tak do mnie nie mówiła, ale teraz nie miałem na to siły. Na dodatek widziałem, że była na skraju załamania nerwowego. Jakby miała się za chwilę rozpłakać i nigdy nie przestać.
- Czemu tak nagle was obchodzę? - wypaliłem, zanim zdołałem ugryźć się w język.
- Nie mów tak - jęknęła Anabel, wycierając twarz chusteczką.
- Czemu? Taka jest prawda - wzruszyłem ramionami. - Pomiataliście mną. Traktowaliście jak piąte koło u wozu. Nawet Hinte traktowaliście lepiej ode mnie!
- Matt - zaczął mój przyszywany brat, łapiąc mnie za rękę, ale wyrwałem się.
- No co?! Może to nie prawda?! Zawsze obchodziły was pieniądze. To było na pierwszym miejscu. Mamo, wolałaś siedzieć na bankietach, u swoich bogatych przyjaciółek. Anabel, ty zrobiłaś z siebie cholerny plastik w skąpych ciuchach, kompletnie bez mózgu! Ojciec to sknera! Więc czemu nagle zacząłem was obchodzić?! - krzyczałem wściekły.
- Może nie byliśmy idealnymi rodzicami, ale teraz chcemy to naprawić! - powiedziała matka.
- Bo prawdopodobnie umrę? - prychnąłem. - Chcecie załatwić sobie odkupienie, za to jacy byliście? Żałosne.
- Matt! - fuknął Hinta.
- Wyjdźcie - szepnąłem, zaciskając powieki. - Wynocha! - ryknąłem.
Z ociąganiem wszyscy się wycofali. Ostatni był Hinta, który zatrzymał się w drzwiach, by na mnie popatrzeć.
- Chcę zobaczyć Ubera - wyznałem. - Błagam, sprowadź go tu do mnie.
Pokiwał głową i zamknął drzwi. Opadłem na niewygodne łóżko i wbiłem wzrok w biały sufit. Potem, nie wiedząc czemu, zacząłem się histerycznie śmiać. Śmiałem się i płakałem jednocześnie.
To było żałosne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
