poniedziałek, 21 października 2013
Gome!
Ohayo! Muszę z przykrością stwierdzić, że mam kompletne zacięcie na pisanie. Brak weny. To wina szkoły. Za dużo nauki, przez co w ogóle nie mam czasu i ochoty pisać. Gome! Ale chętnie skorzystam z waszych propozycji. Jeśli macie jakieś pomysły na kolejny rozdział, chętnie je przyjmę! Tak więc czekam na wasze pomysły i jeszcze raz przepraszam.
czwartek, 10 października 2013
023
A więc, po pierwsze: przepraszam za wszystkie niezgodności medyczne i sądowe(chociaż takich momentów nie ma tutaj za wiele...). Nie znam się na takich typu sprawach, więc staram się jak najlogiczniej sama to jakoś napisać. Rzecz jasna nie wiem, czy to ma sens, no ale... Proszę o wyrozumiałość!
Po drugie podziękowania i krótkie komki do komentarzy w rozdziale 22:
Anka, jesteś głupia i już cię nie kocham, chociaż nie, chcem iść na twoje urodziny, więc cię kocham, ale nadal jesteś głupia!
Junko Sakai - dziękuję za miły komentarz :)
Katsumi - tak, wiem, że jest dużo niewiadomych, ale chylę się już do tego czasu, gdzie będzie wszystko spokojnie tłumaczone. Co do Ubera... hm. Przekonaj się sama :D
Gupia ;-; - chętnie, chętnie, zapraszam cię do siebie na Żyrafie. Może spodoba się mojemu Bambusowemu Czołgowi!
No i po trzecie:
Miłego czytania :)
Rozdział 23
Mrugałem oczami, starając się odsunąć od siebie przeraźliwą biel światła. Na początku widziałem czarne kropki, które z każdą sekundą przybierały coraz to bardziej wyraźniejszy kształt. W końcu potrafiłem dostrzec szczegóły nowej sali szpitalnej, w której leżałem. Była większa od mojej poprzedniej, wyposażona w więcej różnych dziwacznych sprzętów, z małą kanapą pod oknem. Na stolikach po prawej stronie stały świeże kwiaty i stos nowych kartek z życzeniami powrotu do zdrowia.
Starałem się usiąść, ale zakręciło mi się lekko w głowie. Jęknąłem i dotknąłem swojej czaszki dłonią. Zamarłem zaskoczony, bo zamiast swoich ciemnoblond włosów napotkałem ciasno przylegający do skóry bandaż.
Powoli przesunąłem się w nogi łóżka i wziąłem do ręki swoją kartę. Napisane na niej było, że dwa dni temu przeszedłem operację usunięcia skrzepu krwi w mózgu.
Czyli... usunęli mi go i dalej żyłem? Nie umarłem?
Zachciało mi się płakać i śmiać jednocześnie. Ze szczęścia rzecz jasna. No bo to była dobra nowina. Żyłem. Oszukałem Śmierć!
Siedziałem przez niecałe pięć minut sam w sali, gdy zacząłem się nagle zastanawiać, co zrobił Uber po tym jak straciłem przytomność. Słyszałem jak wykrzykuje moje imię. To dzięki jego głosowi wyrwałem się z tej nicości.
Tylko gdzie on jest? Znienawidził mnie za moje kłamstwa?
Westchnąłem i pogłaskałem się po głowie. Kurcze, ogolili mnie na łyso. Będę wyglądać jak kretyn.
Drzwi do sali nagle się otworzyły. Z progu pokoju patrzyła na mnie Lili ze łzami w oczach i Pan Bibliotekarz, trzymając w ręce kwiaty. Na mój widok zmieszał się trochę, a Szurnięta Lili rzuciła się na mnie, mocno ściskając.
- Ueee! - zapłakała. - Tak się martwiłam!
Płakała mi w ramię, a Bibliotekarz położył kwiaty w nogach łóżka.
- Dobrze, że się wybudziłeś - stwierdził rzeczowym tonem. - Dyrektor nas powiadomił o twoim nagłym... wypadku i potrzebie operacji. Nie mogliśmy przyjechać od razu.Przepraszamy.
- Nie, nic się nie stało - zapewniłem energicznie. - To... nic takiego. Nie musieliście.
- Owszem, musieliśmy - potrząsnęła głową zapłakana Lili. - Jesteśmy przyjaciółmi, tak? Nie mogę cię zostawić samego!
Uśmiechnąłem się lekko.
- Arigato - szepnąłem.
- Nie wiem co to znaczy, ale chyba coś miłego - parsknęła Lili, wycierając łzy.
Bibliotekarz rzucił jeszcze parę krótkich uwag i zdań, a potem chyłkiem się wycofał, mówiąc, że zaczeka na Lili w aucie. To on ją tu przywiózł i miał ją odwieźć.
- Tak się cieszę, że mnie odwiedziłaś - zapewniłem ją. - To miłe.
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Tak, tak - mruknęła. - Po prostu strasznie się bałam, że możesz umrzeć... To było okropne uczucie.
Przez parę minut rozmawialiśmy. Lili zdawała mi krótki raport na temat tego co się dzieje w szkole. O tym, że Jodie znalazła sobie chłopaka, dyrektor oszalał, bo chodził w różowym kimono(damskim) a reszta nauczycieli przejmowali się moim stanem. Ponoć do szkoły wrócił też Vinnie.
- A... co z Davidem? - spytałem cicho.
- Policja czeka tylko i wyłącznie na twoje zeznania - powiedziała. - Jesteś kluczowym oskarżycielem. Twój ojciec zrobił ogromną aferę na cały stan - wyznała konspiracyjnym szeptem. - Nie zamierza puścić mu tego płazem.
- Ja też nie. Chcę żeby zgnił w więzieniu za to co mi zrobił - wyszeptałem. - To gnój. To wszystko jego wina.
Lili pokiwała głową. A potem spytała co się wydarzyło między mną a Uberem.
- On... dowiedział się o Hincie. A co? - zmarszczyłem brwi.
- Cóż... przyszedł do szkoły, nawet się ze mną nie przywitał, od razu poszedł do dyrektora.
- Po co? - zdziwiłem się.
- On rzuca szkołę, Matt. Przeprowadza się do Colorado.
*
Kolejne dni byłem jak zombie. Ludzie przychodzili mnie odwiedzić, uśmiechali się, żartowali, a ja jedynie odpowiadałem im półgębkiem. Nie chciałem jeść, bo nie miałem ochoty. Hinta, który był przy mnie cały czas, na siłę wmuszał we mnie jedzenie. Lekarze mnie badali, ale ja nie słuchałem ich gadań. Byłem zamulony, leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit.
Bo nie miałem na nic siły i ochoty.
Odkąd dowiedziałem się, że Uber się przeprowadza, nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Po prostu nie wierzyłem w to. Nie wierzyłem, że był na mnie tak zły, że aż mnie zostawił. Hinta starał się ponoć z nim skontaktować, ale on nie odbierał, a jego rodzina nie przekazywała żadnych rozmów.
Dobijało mnie to...
Hinta kupił mi parę fajnych czapek, bo zgadł, że nie będę chciał chodzić z łysą głową, a na dodatek tak zalecali lekarze. By było mi ciepło. Jak się okazało, rodzice w ostatniej chwili zgodzili się na tą operację. Gdyby nie to, umarłbym. Na szczęście przerazili się i podpisali odpowiednie papiery.
Anabel odwiedzała mnie codziennie. Nawet po oświadczeniu, że nie umrę, nie przestała się mną nagle przejmować. Jakby ją i rodzinkę oświeciło. Ale mimo to miałem wszystko gdzieś.
- Matt, musisz jeść. Musisz żyć dalej - mówił do mnie Hinta. - Nie mogę patrzeć jak się tak marnujesz. Proszę cię, Matt...
Odwiedziła mnie policja i prokurator. Powiadomili mnie o dacie rozprawy. Stawiłem się na niej, w tym samym dniu co wypisali mnie ze szpitala.
Hinta, rodzice i Lili otaczali mnie ściśle, jakby bali się, że zaraz spadnie na mnie meteoryt i umrę im w tej chwili. Wszyscy byliśmy ubrani w ciemne, eleganckie ciuchy. Ja miałem na sobie dżinsy i koszulę z krawatem, a na głowie ciemną czapkę z pomponem. Stałem gapiąc się w czubki swoich butów, gdy wprowadzili wściekłego Davida.
Wyglądał... marnie. Chudszy, z średnio widocznymi sprawkami pobicia, z ręką i kostką w gipsie. Gdy mnie dostrzegł, zaśmiał się szyderczo i zatrzymał.
- Myślisz, że mnie zamkną? - prychnął, a Hinta po mojej prawej zacisnął dłonie w pięści. - Chyba sobie żartujesz. Jeszcze dzisiaj będę wolny. Jeszcze dzisiaj cię dorwę.
- Ty mały gnoju - syknął mój ojciec, zamachując się, ale uprzedziła go Lili.
Po korytarzu rozniosło się głośne plaśnięcie. Na policzku Davida widniał czerwony ślad ręki mojej Szurniętej przyjaciółki. Wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć. Niemal widziałem parę lecącą jej z uszu.
- Ty... Nie pieprz mi tutaj! - krzyknęła na cały korytarz. - Jesteś głupim kapciem, a kapcie i dzieci głosu nie mają! Więc morda, pasztecie!
Policjant złapał zdziwionego Davida za skute dłonie i pociągnął w kierunku sali. Zerknąłem na Lili, która dalej wyglądała na rozwścieczoną i bąknąłem ciche "dziękuję".
Wezwali nas na salę. Weszliśmy, każdy z nas podenerwowany, ale ja najbardziej. Starałem się zaprzątać swój umysł czymś kompletnie innym. Na przykład wspominałem to, co powiedzieli mi lekarze, gdy przyszli mnie zbadać już po operacji.
- No, chłopcze, masz szczęście - powiedział jakiś starszy mężczyzna z wąsikiem ala Adolf Hitler. - Naprawdę wielkie szczęście.
- Musimy wykonać jeszcze parę dokładnych badań zanim w ogóle zaczniemy rozmyślać nad tym, czy cię wypuścić do domu - dodał inny lekarz, o wiele młodszy od Adolfa. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie będziemy cię tu zatrzymywać.
- Możesz mieć migreny, zawroty głowy i inne dolegliwości tego typu. To się zdarza - mruknął Hitler. - Nie obawiaj się tego, ale jeśli to będzie się nasilało, to będzie zbyt uciążliwe, musisz się z tym zgłosić do nas.
- Nie będziesz miał już tych urojeń, więc powinieneś mieć łatwiejsze życie.
Łatwiejsze życie, ta?
Bez jaj.
Usiadłem na wygodnym krześle przy prokuratorze. Po drugiej stronie siedział David, który gromił mnie wzrokiem, chociaż jego adwokat szeptał mu coś na ucho. Ojciec mojego eks siedział za nim i rozmawiał z ludźmi, których nigdy w życiu nie widziałem na oczy.
Czekaliśmy na sędzie. Gapiłem się na swoje dłonie, byleby nie na Davida. Myślałem o czymś kompletnie innym, byle by tylko sobie nie przypominać tych okropnych scen.
Byłem żałosny. Wiedziałem to doskonale...
- Proszę wstać, sędzia Arthur U'Witckiel idzie - krzyknął na całą sale jakiś strażnik.
Posłusznie wstaliśmy. Na swoim miejscu usiadł ciemnoskóry sędzia. Rozłożył jakieś teczki i przesunął znudzonym wzrokiem po nas wszystkim.
- Proszę usiąść. Otwieram sprawę oskarżonego o gwałt i pobicie Davida Veaka.
Po drugie podziękowania i krótkie komki do komentarzy w rozdziale 22:
Anka, jesteś głupia i już cię nie kocham, chociaż nie, chcem iść na twoje urodziny, więc cię kocham, ale nadal jesteś głupia!
Junko Sakai - dziękuję za miły komentarz :)
Katsumi - tak, wiem, że jest dużo niewiadomych, ale chylę się już do tego czasu, gdzie będzie wszystko spokojnie tłumaczone. Co do Ubera... hm. Przekonaj się sama :D
Gupia ;-; - chętnie, chętnie, zapraszam cię do siebie na Żyrafie. Może spodoba się mojemu Bambusowemu Czołgowi!
No i po trzecie:
Miłego czytania :)
Rozdział 23
Mrugałem oczami, starając się odsunąć od siebie przeraźliwą biel światła. Na początku widziałem czarne kropki, które z każdą sekundą przybierały coraz to bardziej wyraźniejszy kształt. W końcu potrafiłem dostrzec szczegóły nowej sali szpitalnej, w której leżałem. Była większa od mojej poprzedniej, wyposażona w więcej różnych dziwacznych sprzętów, z małą kanapą pod oknem. Na stolikach po prawej stronie stały świeże kwiaty i stos nowych kartek z życzeniami powrotu do zdrowia.
Starałem się usiąść, ale zakręciło mi się lekko w głowie. Jęknąłem i dotknąłem swojej czaszki dłonią. Zamarłem zaskoczony, bo zamiast swoich ciemnoblond włosów napotkałem ciasno przylegający do skóry bandaż.
Powoli przesunąłem się w nogi łóżka i wziąłem do ręki swoją kartę. Napisane na niej było, że dwa dni temu przeszedłem operację usunięcia skrzepu krwi w mózgu.
Czyli... usunęli mi go i dalej żyłem? Nie umarłem?
Zachciało mi się płakać i śmiać jednocześnie. Ze szczęścia rzecz jasna. No bo to była dobra nowina. Żyłem. Oszukałem Śmierć!
Siedziałem przez niecałe pięć minut sam w sali, gdy zacząłem się nagle zastanawiać, co zrobił Uber po tym jak straciłem przytomność. Słyszałem jak wykrzykuje moje imię. To dzięki jego głosowi wyrwałem się z tej nicości.
Tylko gdzie on jest? Znienawidził mnie za moje kłamstwa?
Westchnąłem i pogłaskałem się po głowie. Kurcze, ogolili mnie na łyso. Będę wyglądać jak kretyn.
Drzwi do sali nagle się otworzyły. Z progu pokoju patrzyła na mnie Lili ze łzami w oczach i Pan Bibliotekarz, trzymając w ręce kwiaty. Na mój widok zmieszał się trochę, a Szurnięta Lili rzuciła się na mnie, mocno ściskając.
- Ueee! - zapłakała. - Tak się martwiłam!
Płakała mi w ramię, a Bibliotekarz położył kwiaty w nogach łóżka.
- Dobrze, że się wybudziłeś - stwierdził rzeczowym tonem. - Dyrektor nas powiadomił o twoim nagłym... wypadku i potrzebie operacji. Nie mogliśmy przyjechać od razu.Przepraszamy.
- Nie, nic się nie stało - zapewniłem energicznie. - To... nic takiego. Nie musieliście.
- Owszem, musieliśmy - potrząsnęła głową zapłakana Lili. - Jesteśmy przyjaciółmi, tak? Nie mogę cię zostawić samego!
Uśmiechnąłem się lekko.
- Arigato - szepnąłem.
- Nie wiem co to znaczy, ale chyba coś miłego - parsknęła Lili, wycierając łzy.
Bibliotekarz rzucił jeszcze parę krótkich uwag i zdań, a potem chyłkiem się wycofał, mówiąc, że zaczeka na Lili w aucie. To on ją tu przywiózł i miał ją odwieźć.
- Tak się cieszę, że mnie odwiedziłaś - zapewniłem ją. - To miłe.
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Tak, tak - mruknęła. - Po prostu strasznie się bałam, że możesz umrzeć... To było okropne uczucie.
Przez parę minut rozmawialiśmy. Lili zdawała mi krótki raport na temat tego co się dzieje w szkole. O tym, że Jodie znalazła sobie chłopaka, dyrektor oszalał, bo chodził w różowym kimono(damskim) a reszta nauczycieli przejmowali się moim stanem. Ponoć do szkoły wrócił też Vinnie.
- A... co z Davidem? - spytałem cicho.
- Policja czeka tylko i wyłącznie na twoje zeznania - powiedziała. - Jesteś kluczowym oskarżycielem. Twój ojciec zrobił ogromną aferę na cały stan - wyznała konspiracyjnym szeptem. - Nie zamierza puścić mu tego płazem.
- Ja też nie. Chcę żeby zgnił w więzieniu za to co mi zrobił - wyszeptałem. - To gnój. To wszystko jego wina.
Lili pokiwała głową. A potem spytała co się wydarzyło między mną a Uberem.
- On... dowiedział się o Hincie. A co? - zmarszczyłem brwi.
- Cóż... przyszedł do szkoły, nawet się ze mną nie przywitał, od razu poszedł do dyrektora.
- Po co? - zdziwiłem się.
- On rzuca szkołę, Matt. Przeprowadza się do Colorado.
*
Kolejne dni byłem jak zombie. Ludzie przychodzili mnie odwiedzić, uśmiechali się, żartowali, a ja jedynie odpowiadałem im półgębkiem. Nie chciałem jeść, bo nie miałem ochoty. Hinta, który był przy mnie cały czas, na siłę wmuszał we mnie jedzenie. Lekarze mnie badali, ale ja nie słuchałem ich gadań. Byłem zamulony, leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit.
Bo nie miałem na nic siły i ochoty.
Odkąd dowiedziałem się, że Uber się przeprowadza, nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Po prostu nie wierzyłem w to. Nie wierzyłem, że był na mnie tak zły, że aż mnie zostawił. Hinta starał się ponoć z nim skontaktować, ale on nie odbierał, a jego rodzina nie przekazywała żadnych rozmów.
Dobijało mnie to...
Hinta kupił mi parę fajnych czapek, bo zgadł, że nie będę chciał chodzić z łysą głową, a na dodatek tak zalecali lekarze. By było mi ciepło. Jak się okazało, rodzice w ostatniej chwili zgodzili się na tą operację. Gdyby nie to, umarłbym. Na szczęście przerazili się i podpisali odpowiednie papiery.
Anabel odwiedzała mnie codziennie. Nawet po oświadczeniu, że nie umrę, nie przestała się mną nagle przejmować. Jakby ją i rodzinkę oświeciło. Ale mimo to miałem wszystko gdzieś.
- Matt, musisz jeść. Musisz żyć dalej - mówił do mnie Hinta. - Nie mogę patrzeć jak się tak marnujesz. Proszę cię, Matt...
Odwiedziła mnie policja i prokurator. Powiadomili mnie o dacie rozprawy. Stawiłem się na niej, w tym samym dniu co wypisali mnie ze szpitala.
Hinta, rodzice i Lili otaczali mnie ściśle, jakby bali się, że zaraz spadnie na mnie meteoryt i umrę im w tej chwili. Wszyscy byliśmy ubrani w ciemne, eleganckie ciuchy. Ja miałem na sobie dżinsy i koszulę z krawatem, a na głowie ciemną czapkę z pomponem. Stałem gapiąc się w czubki swoich butów, gdy wprowadzili wściekłego Davida.
Wyglądał... marnie. Chudszy, z średnio widocznymi sprawkami pobicia, z ręką i kostką w gipsie. Gdy mnie dostrzegł, zaśmiał się szyderczo i zatrzymał.
- Myślisz, że mnie zamkną? - prychnął, a Hinta po mojej prawej zacisnął dłonie w pięści. - Chyba sobie żartujesz. Jeszcze dzisiaj będę wolny. Jeszcze dzisiaj cię dorwę.
- Ty mały gnoju - syknął mój ojciec, zamachując się, ale uprzedziła go Lili.
Po korytarzu rozniosło się głośne plaśnięcie. Na policzku Davida widniał czerwony ślad ręki mojej Szurniętej przyjaciółki. Wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć. Niemal widziałem parę lecącą jej z uszu.
- Ty... Nie pieprz mi tutaj! - krzyknęła na cały korytarz. - Jesteś głupim kapciem, a kapcie i dzieci głosu nie mają! Więc morda, pasztecie!
Policjant złapał zdziwionego Davida za skute dłonie i pociągnął w kierunku sali. Zerknąłem na Lili, która dalej wyglądała na rozwścieczoną i bąknąłem ciche "dziękuję".
Wezwali nas na salę. Weszliśmy, każdy z nas podenerwowany, ale ja najbardziej. Starałem się zaprzątać swój umysł czymś kompletnie innym. Na przykład wspominałem to, co powiedzieli mi lekarze, gdy przyszli mnie zbadać już po operacji.
- No, chłopcze, masz szczęście - powiedział jakiś starszy mężczyzna z wąsikiem ala Adolf Hitler. - Naprawdę wielkie szczęście.
- Musimy wykonać jeszcze parę dokładnych badań zanim w ogóle zaczniemy rozmyślać nad tym, czy cię wypuścić do domu - dodał inny lekarz, o wiele młodszy od Adolfa. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie będziemy cię tu zatrzymywać.
- Możesz mieć migreny, zawroty głowy i inne dolegliwości tego typu. To się zdarza - mruknął Hitler. - Nie obawiaj się tego, ale jeśli to będzie się nasilało, to będzie zbyt uciążliwe, musisz się z tym zgłosić do nas.
- Nie będziesz miał już tych urojeń, więc powinieneś mieć łatwiejsze życie.
Łatwiejsze życie, ta?
Bez jaj.
Usiadłem na wygodnym krześle przy prokuratorze. Po drugiej stronie siedział David, który gromił mnie wzrokiem, chociaż jego adwokat szeptał mu coś na ucho. Ojciec mojego eks siedział za nim i rozmawiał z ludźmi, których nigdy w życiu nie widziałem na oczy.
Czekaliśmy na sędzie. Gapiłem się na swoje dłonie, byleby nie na Davida. Myślałem o czymś kompletnie innym, byle by tylko sobie nie przypominać tych okropnych scen.
Byłem żałosny. Wiedziałem to doskonale...
- Proszę wstać, sędzia Arthur U'Witckiel idzie - krzyknął na całą sale jakiś strażnik.
Posłusznie wstaliśmy. Na swoim miejscu usiadł ciemnoskóry sędzia. Rozłożył jakieś teczki i przesunął znudzonym wzrokiem po nas wszystkim.
- Proszę usiąść. Otwieram sprawę oskarżonego o gwałt i pobicie Davida Veaka.
poniedziałek, 7 października 2013
022
Gome! Przepraszam, że musicie czekać na nowe rozdziały, ale po prostu nie mam czasu na pisanie. Obiecuję, że postaram się pisać częściej. Już niedługo dodam też nowy rozdział Z miłością jak na wojnie. Pozdrawiam i miłego czytania.
Rozdział 22
-
Hinta? To ... ty?
Uber
gapił się z szeroko otwartymi oczami na mojego przyszywanego brata. W jego
oczach widziałem bezgraniczne zaskoczenie, jak i zarazem szok.
-
Ja... lepiej już pójdę - mruknął Hinta.
Co... Nie! Hinta!
Jak
oparzony poderwał się z klęczek i rzucił w kierunku Japończyka. Złapał go za
ramię i przytrzymał, patrząc na niego z wypiekami na twarzy.
Przez
dobrą chwilę nikt się nie odezwał. Cisza w sali przerywana była tylko
piszczeniem aparatur, a także stłumionych przed dopiero co zamknięte drzwi
dźwięków z korytarza szpitala. Wiedziałem, że przyszedł ten czas, czas na
wyjaśnienia. Chciałem to odwlekać jak najdłużej... może nawet przez
wieczność... ale teraz wszystko przepadło. Zrujnowane.
-
Co tu się dzieje? - wyszeptał Uber. - Nie rozumiem... Wy się znacie?
Z
pytaniem zwrócił się do mnie. Marszczył niezrozumiale brwii, ciągle trzymając
za ramię Hinte, jakby bał się, że młody mężczyzna może zaraz uciec.
-
To...
Nie
potrafiłem mu odpowiedzieć. Głos mi się załamał. Po prostu... bałem się. Chyba
tak to można określić. Tylko... nie
mogłem się już teraz wycofać. Stało się. Hinta się pojawił, a ja nie potrafiłem
udawać. Nie miałem na to siły.
-
To mój brat - odpowiedział za mnie Hinta.
Dosłownie
miałem wrażenie, że słyszę taki mistyczny gąg, który zapowiada koniec świata.
Apokalipsę.
Uber
zaczął drżeć, sam nie wiem czemu. Z szoku? Przerażenia?
-
To... twój... b-brat? - wykrztusił, zaciskając palce na kurtce Hinty. - O
czym... o czym ty pieprzysz?! - krzyknął.
Przygryzłem
dolną wargę. Rozbolała mnie głowa, zacząłem czuć, że powinienem zawołać lekarza
lub pielęgniarkę, by dali mi jakieś tabletki. Pogarszało mi się. Czułem to bez
badań i opiń innych.
-
Jak to: to twój brat?! - wydusił Uber, wbijając we mnie niezrozumiały wzrok.
-
Hinta to mój przyszywany brat! - wrzasnąłem. - Czego w tym stwierdzeniu nie
rozumiesz?!
Puścił
ramię swojego eks.
-
Ty... czemu? Czemu nic mi nie powiedziałeś? - wyszeptał drżąco, robiąc w moim
kierunku chwiejny krok. - Czemu mnie oszukiwałeś?
-
Bo na początku sam nic nie rozumiałem. Nie miałem pojęcia, że Hinta jest homo.
Dla mnie samego to był szok. Ukrywałem to, bo chciałem najpierw zrozumieć. Gdy
Hinta wszystko mi wyjaśnił, nie chciałem ci mówić, bo się bałem. Nie wiem
czemu, ale po prostu się bałem... - wytłumaczyłem. - Nie chciałem cię stracić,
Uber.
-
Dlatego... Dlatego mnie okłamywałeś?! Czy ty sobie jaja robisz?! MATT!
Zacisnąłem
zęby i powieki.
-
Nie moja wina! Byłeś inny! Nie potrafię ci tego wytłumaczyć! Po prostu... ja...
j-ja...
Nagle
zaczęło kręcić mi się w głowie. Obraz przed oczami stopniowo mi się rozmazywał,
a głos przerażonego Hinty dobiegał do mnie jakby z oddali. Zamiast tego, w
głowie narastało mi przeraźliwe piszczenie. To było tak denerwujące, że
myślałem, że zwariuję. Bolała mnie głowa. Tak strasznie bolała...
Osunąłem
się w bok. Jako że siedziałem na krawędzi, zacząłem spadać na ziemię. Walnąłem
w nią, a ból uderzył mnie tak gwałtownie... że straciłem przytomność.
*
Ciemność...
Dosłownie
wszędzie ciemność.
Unosiłem
się w nicości. Nie czułem, nie słyszałem, NIE ROZUMIAŁEM. Gdzie ja jestem?
Czemu tu jestem? Co się ze mną stało? Gdzie Uber? A Hinta?
Starałem
się wytężyć umysł, ale nie potrafiłem. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, co się
stało. Ostatnim, co pamiętałem, to było to jak Hinta wchodzi do sali. A co
dalej? Czy Uber dowiedział się kim jest jego eks?
Rozpaczliwie
starałem się odsunąć od siebie wszechogarniającą ciemność. Chciałem się
poruszyć, obejrzeć za siebie... Ale nie mogłem. Nie potrafiłem. To było zbyt
wiele.
Uber...
Chciałem
go znowu zobaczyć. Miałem przytulić, pocałować. Tak bardzo za nim tęskniłem.
Tak bardzo się cieszyłem, gdy wpadł do mojej sali. Nie chciałem, by mnie
zostawiał. Nie mógł mnie zostawić. To byłoby zbyt przerażające.
Ale
mimo to czułem, że coś jest nie tak. Skoro wszedł do mojej sali Hinta, to na
pewno musiało się coś wydarzyć. Tylko co. Czy Uber... czy Uber jak się
dowiedział to się wściekł? Czy zwyzywał mnie? Czy powiedział, że nie chce mnie
już więcej zobaczyć?
Tęskniłem.
Po
tym co zrobił mi David, na pewno nigdy już nie będę taki jak dawniej.
Wiedziałem, że gwałt potrafi zrobić swoje. W mojej poprzedniej szkole była
jedna dziewczyna, która była zgwałcona. Od tamtego wydarzenia, zamknęła się w
sobie. Bała się tak samo, jak ja się bałem.
Wcześniej
nie rozumiałem. Albo lepiej - nie chciałem rozumieć. Tak. To było raczej to.
Wytężyłem
znowu swój umysł. Wydostań się, powtarzałem sobie w myślach. Wydostań się z tej
cholernej nicości... Matt... Matt... Matt!
-
MATT!
Czyjś
wrzask. Tak głęboki, rozdzierający... Och.
Znałem
ten głos.
To
był Uber.
Przeraźliwe
pikanie znowu się pojawiło. Narastało z każdą sekundą. Denerwujące...
-
MATT!!!
Zaczerpnąłem
gwałtownie powietrza, a moje ciało mimowolnie się uniosło, otwierając raptownie
oczy. Białe światło uderzyło mnie w oczy, na chwilę oślepiło. Piszczenie
osiągnęło najwyższy poziom.
Słyszałem...
Czułem...
...Uber...
piątek, 4 października 2013
021
Brudny toster jesteś... straszna. W pozytywnym sensie. Rzecz jasna.... Ale jednak. To ile ty masz lat, że tak dużo wiesz? Trzydzieści?! Wow. Aż mi szczęka opadła przy czytaniu twojego komentarza. Chyba że... Wujek Google i Ciocia Wikipedia poszły w ruch? Ale chyba nie, prawda?
Dziękuję wszystkim za miłe komentarze i cierpliwość. Wiem, że skończyłam w głupim momencie i powinnam dodać rozdział szybciej i lepiej, ale jestem zawalona sprawdzianami i terminami . Gome!
Rozdział 21
Ojcu udało się wyciągnąć Ubera z więzienia, a Davida do niego wysłać. Ucieszyła mnie ta wiadomość. Z obydwu powodów. Nie wiem, co radowało mnie bardziej.
Lili siedziała na moim łóżku i głośno opowiadała mi o tym, jak to chciała pobawić się w doktora z Jodie, ale ta uciekła do męskiego pokoju. Była tym faktem naprawdę przygnębiona. To mnie bawiło.
- Bibliotekarz o ciebie pytał - powiedziała w pewnym momencie. - Już po raz kolejny.
Uniosłem brwi.
- Mówił czemu?
Pokręciła głową, a jej czarne loki fruwały wokół jej twarzy.
- Nie-e. Po prostu pytał, a potem uciekł pod pretekstem ułożenia książek. Czyżby kolejne gej?
- Nie sądzę - mruknąłem. - Ma dziewczynę. Nauczycielka Hiszpańskiego.
- E? Niemożliwe - zaprzeczyła, patrząc na mnie zdziwiona. - Przecież ona ma męża i małe dziecko!
Zaskoczony wydałem z siebie głośne "och, nie wiedziałem". No bo to była prawda. Naprawdę o tym nie wiedziałem. Myślałem, że ona kręci z Bibliotekarzem, a on z nią. Dziwne. Nie widziałem na jej palcu obrączki...
- Gdzie twój brat? - spytała Lili. - Słodki jest, chociaż po tym co mi o nim i Uberze powiedziałeś to... no wiesz...
- Tak, wiem. Hinta pojechał załatwić jakąś ważną sprawę związaną ze swoją pracą. Nie chciał mnie zostawiać, ale kazałem mu iść.
- Hm. Słodko. Chociaż osobiście wolę go w tej wredniejszej wersji - uśmiechnęła się szyderczo.
Przez blisko kolejne pół godziny gadaliśmy o różnych rzeczach. Wiedziałem, że chce, abym jak najmniej myślał o tej swojej dolegliwości. O fakcie, że mogę umrzeć. W każdej chwili przez pogorszenie się mojego stanu.
Wiedziałem, że każdy kiedyś umrze. Na mnie po prostu przyszedł czas.
Ta, tyle że takie coś mówi się w filmach lub książkach. Ja się cholernie bałem. Jak nigdy dotąd. Nawet wtedy, jak David... to tamten strach nie może się liczyć z tym. Byłem świadomi nadciągających dni śmierci. Bałem się być słaby.
Gdy Lili sobie poszła, bo podawali mi jakieś leki, siedziałem na łóżku i bezczynnie gapiłem się w zagipsowaną rękę. Kurde.
Nagle ktoś otworzył z rozmachem drzwi od sali. Podniosłem zdziwiony głowę i głucho krzyknąłem, gdy dobrze znany mi chłopak zamknął mnie w swoim stalowym uścisku, lekko dysząc.
- Matt... O mój Boże... Matt... Przepraszam, że mnie przy tobie nie było. Przepraszam... - szeptał gorączkowo, ciągle mnie do siebie tuląc. Byłem tak zaskoczony, że nic nie mówiłem.
Uber odsunął się lekko i delikatnie pocałował w czoło. Potem w policzki, nos i na końcu musnął moje usta. Przed moimi oczami pojawił się obraz Davida, ale zniknął równie szybko jak się pojawił.
- Wypuścili mnie. Twój ojciec rozmawiał z moim, a potem jeszcze z policją. Przepraszam, że nie byłem przy tobie - stęknął ze łzami w oczach. - Powinienem być, a nie byłem. Jestem kompletnym kretynem...
Znów mnie pocałował, tym razem mocniej. Kiedy go od siebie odsunąłem, byłem cały zarumieniony.
- Cieszę się... że tu jesteś - wyznałem cichym szeptem.
Zamrugał, jakby chciał się pozbyć nieistniejących już łez. Pogłaskał mnie po głowie.
- Twój ojciec... powiedział mi, co ci jest. Powiedział, że... że ty... - przerwał, całkowicie niezdolny do dokończenia zdania. - Przepraszam.
- Ale to nie twoja wina - zapewniłem. - Tu tylko i wyłącznie zawinił D-David.
- Tylko gdybym był przy tobie... gdybym nie wymyślił tego, byś zerwał z nim na oczach ludzi... - załkał głucho. - To wszystko moja wina!
Klęcząc obok mojego łóżka, schował twarz w dłoniach. Jego ramiona lekko drżały od powstrzymywanego płaczu. Więzienie chyba mu nie posłużyło, bo był załamany. Dosłownie. Widziałem to w jego oczach i wyrazie twarzy. To mnie lekko... zaskoczyło.
- Uber, wszystko dobrze. Nic mi nie jest...
- Nic ci nie jest?! - wybuchł tak gwałtownie, że aż podskoczyłem i popatrzyłem na niego szczerze przerażony. - Możesz umrzeć, Matt, a ty mówisz, że nic ci nie jest?!
Serce waliło mi jak oszalałe, gdy tak gapiłem się w jego oczy. Przypomniał mi się David, na co od razu zacząłem drżeć, a do oczu napłynęły mi łzy.
- Matt, nie możesz mówić, że nic ci nie jest, skoro tak naprawdę jest! - wykrzyknął. - Ty...
- Proszę o ciszę! - wysyczała pielęgniarka, która nagle wpadła do mojej sali. - Bez krzyków, chłopcze, bo cię wyproszę. Siłą, jeśli będzie trzeba.
A potem odwróciła się i łypiąc na nas groźnie odeszła, nie zamykając za sobą drzwi, więc widziałem lekki ruch na korytarzu.
Uber popatrzył na mnie z powrotem.
- Nie możesz, Matt... Nie możesz umrzeć - wypalił nagle. - Nie wiem co ja bez ciebie zrobię. Po prostu nie wiem. Jesteś dla mnie zbyt ważny. Kocham cię. Doskonale o tym wiesz...
Pokiwałem lekko głową, niezdolny do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Gardło miałem zbyt ściśnięte.
Uber złapał moją zdrową rękę i splótł nasze palce. Potem ucałował wierzch mojej dłoni i zamknął oczy.
- Kocham cię, więc mnie nie zostawiaj. Nawet nie próbuj.
Miałem się ochotę popłakać. Czemu zdałem sobie sprawę z moich i jego uczuć tak dobrze dopiero teraz w obliczu śmierci? Dlaczego akurat wtedy, gdy prawdopodobnie umrę?
"Ponieważ jesteś żałosny", szepnął mi w umyśle głos Davida.
Nie. Nie teraz. Odejdź, ty cholerne urojenie. Nie chcę cię słuchać.
"Jesteś naiwny. Zrobisz wszystko ci ci każę"
Zacisnąłem oczy i zęby.
- Matt, coś się stało? - spytał zaniepokojony Uber, dotykając mojego policzka.
Pokręciłem wolno głową.
Urojenia. To tylko urojenia. Jego tutaj nie ma. I nie będzie. To tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Nic po za tym, naprawdę.
- Wezwać lekarza? - wyszeptał przestraszony Uber, ciągle trzymając moją rękę w kurczowym uścisku.
- Nie - odparłem słabo. - Nie musisz. Zaraz mi przejdzie.
Spokojnie klęczał koło łóżka i czekał. Minęło. Po dziesięciu minutach. Przez cały ten czas cichy głos Davida w mojej głowie podszeptywał mi okropne słowa. Kim jestem dla niego i dla całego świata. Jaki jestem żałosny. Głupi.
Gdy zniknął, popatrzyłem na Ubera, który przyglądał mi się z niepokojem.
- To... przez to coś w mojej głowię - powiedziałem przepraszająco.
- Urojenia? - zagadnął cicho. - Twój ojciec mi mówił.
Pokiwałem głową.
- A jakie one są? - spytał, nie mogą się powstrzymać, chociaż widziałem w jego oczach, że żałował, że zapytał.
- Słyszę Davida. Jego głos i słowa.
Jęknął i przymknął oczy.
- To moja wina - powtórzył po raz kolejny.
- Nie, nie, Uber. To nie twoja win...
Jednak nie dane było mi się znowu z nim sprzeczać, bo do sali ktoś wszedł. Ktoś, kto nie był tu najmilej teraz widziany. Nie w tej sytuacji.
- Och... Szlag - szepnął intruz.
Uber gapił się na niego oniemiały. W końcu puścił moją dłoń i wyszeptał:
- Hinta?
Dziękuję wszystkim za miłe komentarze i cierpliwość. Wiem, że skończyłam w głupim momencie i powinnam dodać rozdział szybciej i lepiej, ale jestem zawalona sprawdzianami i terminami . Gome!
Rozdział 21
Ojcu udało się wyciągnąć Ubera z więzienia, a Davida do niego wysłać. Ucieszyła mnie ta wiadomość. Z obydwu powodów. Nie wiem, co radowało mnie bardziej.
Lili siedziała na moim łóżku i głośno opowiadała mi o tym, jak to chciała pobawić się w doktora z Jodie, ale ta uciekła do męskiego pokoju. Była tym faktem naprawdę przygnębiona. To mnie bawiło.
- Bibliotekarz o ciebie pytał - powiedziała w pewnym momencie. - Już po raz kolejny.
Uniosłem brwi.
- Mówił czemu?
Pokręciła głową, a jej czarne loki fruwały wokół jej twarzy.
- Nie-e. Po prostu pytał, a potem uciekł pod pretekstem ułożenia książek. Czyżby kolejne gej?
- Nie sądzę - mruknąłem. - Ma dziewczynę. Nauczycielka Hiszpańskiego.
- E? Niemożliwe - zaprzeczyła, patrząc na mnie zdziwiona. - Przecież ona ma męża i małe dziecko!
Zaskoczony wydałem z siebie głośne "och, nie wiedziałem". No bo to była prawda. Naprawdę o tym nie wiedziałem. Myślałem, że ona kręci z Bibliotekarzem, a on z nią. Dziwne. Nie widziałem na jej palcu obrączki...
- Gdzie twój brat? - spytała Lili. - Słodki jest, chociaż po tym co mi o nim i Uberze powiedziałeś to... no wiesz...
- Tak, wiem. Hinta pojechał załatwić jakąś ważną sprawę związaną ze swoją pracą. Nie chciał mnie zostawiać, ale kazałem mu iść.
- Hm. Słodko. Chociaż osobiście wolę go w tej wredniejszej wersji - uśmiechnęła się szyderczo.
Przez blisko kolejne pół godziny gadaliśmy o różnych rzeczach. Wiedziałem, że chce, abym jak najmniej myślał o tej swojej dolegliwości. O fakcie, że mogę umrzeć. W każdej chwili przez pogorszenie się mojego stanu.
Wiedziałem, że każdy kiedyś umrze. Na mnie po prostu przyszedł czas.
Ta, tyle że takie coś mówi się w filmach lub książkach. Ja się cholernie bałem. Jak nigdy dotąd. Nawet wtedy, jak David... to tamten strach nie może się liczyć z tym. Byłem świadomi nadciągających dni śmierci. Bałem się być słaby.
Gdy Lili sobie poszła, bo podawali mi jakieś leki, siedziałem na łóżku i bezczynnie gapiłem się w zagipsowaną rękę. Kurde.
Nagle ktoś otworzył z rozmachem drzwi od sali. Podniosłem zdziwiony głowę i głucho krzyknąłem, gdy dobrze znany mi chłopak zamknął mnie w swoim stalowym uścisku, lekko dysząc.
- Matt... O mój Boże... Matt... Przepraszam, że mnie przy tobie nie było. Przepraszam... - szeptał gorączkowo, ciągle mnie do siebie tuląc. Byłem tak zaskoczony, że nic nie mówiłem.
Uber odsunął się lekko i delikatnie pocałował w czoło. Potem w policzki, nos i na końcu musnął moje usta. Przed moimi oczami pojawił się obraz Davida, ale zniknął równie szybko jak się pojawił.
- Wypuścili mnie. Twój ojciec rozmawiał z moim, a potem jeszcze z policją. Przepraszam, że nie byłem przy tobie - stęknął ze łzami w oczach. - Powinienem być, a nie byłem. Jestem kompletnym kretynem...
Znów mnie pocałował, tym razem mocniej. Kiedy go od siebie odsunąłem, byłem cały zarumieniony.
- Cieszę się... że tu jesteś - wyznałem cichym szeptem.
Zamrugał, jakby chciał się pozbyć nieistniejących już łez. Pogłaskał mnie po głowie.
- Twój ojciec... powiedział mi, co ci jest. Powiedział, że... że ty... - przerwał, całkowicie niezdolny do dokończenia zdania. - Przepraszam.
- Ale to nie twoja wina - zapewniłem. - Tu tylko i wyłącznie zawinił D-David.
- Tylko gdybym był przy tobie... gdybym nie wymyślił tego, byś zerwał z nim na oczach ludzi... - załkał głucho. - To wszystko moja wina!
Klęcząc obok mojego łóżka, schował twarz w dłoniach. Jego ramiona lekko drżały od powstrzymywanego płaczu. Więzienie chyba mu nie posłużyło, bo był załamany. Dosłownie. Widziałem to w jego oczach i wyrazie twarzy. To mnie lekko... zaskoczyło.
- Uber, wszystko dobrze. Nic mi nie jest...
- Nic ci nie jest?! - wybuchł tak gwałtownie, że aż podskoczyłem i popatrzyłem na niego szczerze przerażony. - Możesz umrzeć, Matt, a ty mówisz, że nic ci nie jest?!
Serce waliło mi jak oszalałe, gdy tak gapiłem się w jego oczy. Przypomniał mi się David, na co od razu zacząłem drżeć, a do oczu napłynęły mi łzy.
- Matt, nie możesz mówić, że nic ci nie jest, skoro tak naprawdę jest! - wykrzyknął. - Ty...
- Proszę o ciszę! - wysyczała pielęgniarka, która nagle wpadła do mojej sali. - Bez krzyków, chłopcze, bo cię wyproszę. Siłą, jeśli będzie trzeba.
A potem odwróciła się i łypiąc na nas groźnie odeszła, nie zamykając za sobą drzwi, więc widziałem lekki ruch na korytarzu.
Uber popatrzył na mnie z powrotem.
- Nie możesz, Matt... Nie możesz umrzeć - wypalił nagle. - Nie wiem co ja bez ciebie zrobię. Po prostu nie wiem. Jesteś dla mnie zbyt ważny. Kocham cię. Doskonale o tym wiesz...
Pokiwałem lekko głową, niezdolny do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Gardło miałem zbyt ściśnięte.
Uber złapał moją zdrową rękę i splótł nasze palce. Potem ucałował wierzch mojej dłoni i zamknął oczy.
- Kocham cię, więc mnie nie zostawiaj. Nawet nie próbuj.
Miałem się ochotę popłakać. Czemu zdałem sobie sprawę z moich i jego uczuć tak dobrze dopiero teraz w obliczu śmierci? Dlaczego akurat wtedy, gdy prawdopodobnie umrę?
"Ponieważ jesteś żałosny", szepnął mi w umyśle głos Davida.
Nie. Nie teraz. Odejdź, ty cholerne urojenie. Nie chcę cię słuchać.
"Jesteś naiwny. Zrobisz wszystko ci ci każę"
Zacisnąłem oczy i zęby.
- Matt, coś się stało? - spytał zaniepokojony Uber, dotykając mojego policzka.
Pokręciłem wolno głową.
Urojenia. To tylko urojenia. Jego tutaj nie ma. I nie będzie. To tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Nic po za tym, naprawdę.
- Wezwać lekarza? - wyszeptał przestraszony Uber, ciągle trzymając moją rękę w kurczowym uścisku.
- Nie - odparłem słabo. - Nie musisz. Zaraz mi przejdzie.
Spokojnie klęczał koło łóżka i czekał. Minęło. Po dziesięciu minutach. Przez cały ten czas cichy głos Davida w mojej głowie podszeptywał mi okropne słowa. Kim jestem dla niego i dla całego świata. Jaki jestem żałosny. Głupi.
Gdy zniknął, popatrzyłem na Ubera, który przyglądał mi się z niepokojem.
- To... przez to coś w mojej głowię - powiedziałem przepraszająco.
- Urojenia? - zagadnął cicho. - Twój ojciec mi mówił.
Pokiwałem głową.
- A jakie one są? - spytał, nie mogą się powstrzymać, chociaż widziałem w jego oczach, że żałował, że zapytał.
- Słyszę Davida. Jego głos i słowa.
Jęknął i przymknął oczy.
- To moja wina - powtórzył po raz kolejny.
- Nie, nie, Uber. To nie twoja win...
Jednak nie dane było mi się znowu z nim sprzeczać, bo do sali ktoś wszedł. Ktoś, kto nie był tu najmilej teraz widziany. Nie w tej sytuacji.
- Och... Szlag - szepnął intruz.
Uber gapił się na niego oniemiały. W końcu puścił moją dłoń i wyszeptał:
- Hinta?
wtorek, 1 października 2013
Gome
Przykro mi, rozdziałku nie ma. Brak weny. Gome. Ale za to chciałabym was zaprosić na mój nowy blog z opowiadaniem. Z miłością jak na wojnie . Obiecuję, że do końca tygodnia napiszę nowy rozdział Idioty.
niedziela, 29 września 2013
020
Więc napisałam. Nie wiem, czy coś takiego przez coś takiego mogło się stać, bo nie jestem lekarzem. I nie mam pod ręką lekarza, a internetu używam tylko do dodania rozdziału, więc nie sprawdziłam. Jeżeli się znacie i uważacie, że to niemożliwe, przepraszam. Mam nadzieję, że nie przesadziłam i rozdział się podoba. Aha, Brudny toster , proszę bardzo. Drukuj sobie, czy co tam chcesz i stawiaj na półce! Będę prze szczęśliwa. Ale uprzedzam, wyszło mu już tego opka 80 stron! OMFG. Właśnie obliczyłam, że na jeden rozdział przypadają cztery strony. Bosh, ale ze mnie kretynka...
I dodaję jeszcze narysowany przez siebie rysunek. Ktoś poznaje?
Rozdział 20
Nie wiem co mi się stało. W jednej chwili było wszystko dobrze. W drugiej wrzeszczałem, bo czułem Davida. Każdą komórką mojego ciała. Nie wiem jak, skoro go nie widziałem, ale wiedziałem, że on wtedy tam był.
Gdy Hinta starał się mnie uspokoić, do pomieszczenia wpadła lekarka z Lili. Nastolatka była zszokowana, kobieta od razu zawołała sanitariuszy, którzy przyszpilili mnie do ziemi i podali jakieś leki. Płakałem i wrzeszczałem. Po prostu...
Nie wiem. Nie potrafię tego określić.
Tak więc skończyło się na tym, że leżałem na łóżku, dosłownie do niego przykuty, skórzanymi pasami. Gapiłem się tępo w sufit.
- Zamknij się - wyszeptałem po raz kolejny.
Nie rozumiałem co się ze mną działo. Miałem urojenia. Co to jest? Jakaś cholerna schizofrenia?!
- Matt.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem Hinte stojącego w drzwiach sali. Przyglądał mi się ze zmarszczonym czołem, zapewne zastanawiając się, czy wezwać lekarza. Chyba go wystraszyłem tym swoim atakiem znienacka. Cóż, sam byłbym przerażony swoim wyczynianiem.
- Jak się czujesz? - spytał mój brat.
Wzruszyłem ramionami.
- Dobrze. Jest dobrze, Hinta.
Pokiwał głową i zacisnął szczękę. Potem wolnym krokiem zbliżył się do mojego łóżka i przysunął sobie krzesło, by na nim usiąść.
- Co się stało? Co ja... Dlaczego tak jest? - wyszeptałem.
Hinta przymknął oczy i zwiesił głowę.
O cholera.
Coś było nie tak.
- Gdy przyszedłeś do szpitala po tym jak David cię zgwałcił... lekarka nie zbadała cię dokładnie - zaczął tłumaczyć drżącym głosem. - Od pobicia, powstał skrzep krwi, który dostał się do mózgu. Uciska na którąś tam część... nie pamiętam jaką. Ale lekarze mówią, że przez nacisk na narząd... wydaje ci się, że widzisz coś czego nie ma. Że słyszysz coś, co nie istnieje. Masz po prostu urojenia od tego skrzepu w mózgu.
Gapiłem się na niego oniemiały. Że co? Że niby mam w mózgu coś co sprawia, że mam pieprzone urojenia?!
- O czym ty gadasz, Hinta? - wydusiłem z siebie. - Wiesz, że nienawidzę takich żartów!
- Nie żartuję! - powiedział wściekły. - Ta głupia suka, lekarka, źle cię zbadała! Gdyby zrobiła to dokładniej, nie byłoby teraz komplikacji!
- Jakich komplikacji? - szepnąłem. Mimowolnie drżałem na całym ciele.
Hinta schował twarz w dłoniach, opierając łokcie na kolanach. Gapiłem się na czubek jego głowy.
- Skrzep jest w miejscu, które jest bardzo wrażliwe. Lekarze mówią, że ta operacja może cię zabić. To jest szansa jeden do dziesięciu.
Popatrzył na mnie, uśmiechając się ze smutną ironią.
- Dają ci wybór. Umrzesz przez skrzep w mózgu, albo zabije cię próba uratowania.
Miałem szeroko otwarte oczy, nie mogąc uwierzyć w to wszystko. Czy on sobie jaja robi? A może jestem w ukrytej kamerze? To nie jest żaden serial DrHouse! Przecież to nie mogło spotkać akurat mnie! To niemożliwe...
- Przecież... przecież jest szansa, że przeżyję, prawda?
- To jest tak niebezpieczne, że lekarze nie dają ci tego. Boją się...
Objął głowę dłońmi i zaszlochał. Widziałem łzy spływające po jego policzkach i skapujące na posadzkę. Patrzyłem na niego, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Nie potrafiłem... Nie chciałem uwierzyć w to wszystko. To było jak jakiś chory koszmar.
Sen, z którego nie mogłem się obudzić.
*
- Chcę tej operacji!
- Możesz umrzeć, Matt!
- Również mogę umrzeć przez ten pieprzony skrzep krwi, tato!
Gapiłem się rozwścieczony na ojca. Stał przy moim łóżku po prawej stronie z matką i dziwnie smutną Anabel. Po drugiej stronie stał lekarz o imieniu George i Hinta.
- Operacja faktycznie jest bardzo niebezpieczna, ale jeśli się uda, pański syn będzie żył normalnie - powiedział lekarz. - Póki ma skrzep, będzie miał urojenia. To będzie nasilało się z czasem. Potem te urojenia mogą stać się czymś poważniejszym. I pański syn umrze.
- Ile miałby czasu z tym czymś w głowie? - spytała Anabel lekarza. Po raz pierwszy od dłuższego czasu widziałem ją bez telefonu.
- To zależy - odparł z wahaniem.
- Ile? - warknęła, piorunując go wzrokiem.
- Jakieś dwa miesiące. Maksimum.
Ojciec głośno powiedział "kurwa". Matka, która w normalnych okolicznościach zaczęła by mu to wypominać, teraz stała cicho przy jego boku, pustym wzrokiem patrząc mi w oczy.
Anabel nagle zaczęła płakać. Lekarz mruknął coś pod nosem i wyszedł z sali. Moja siostra ryczała coraz głośniej, a makijaż zaczął się jej rozmywać.
- To nie fair! - wykrztusiła, ocierając łzy. - Dlaczego to wszystko się tak potoczyło?! Dlaczego ty, Matt?
Siedziałem cicho, bo nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Sam je sobie zadawałem. Tyle że to nie było takie łatwe. Wykraczało poza granice mojej inteligencji.
- Zabiję tego małego gnojka - syknął ojciec, pocierając zarośnięte policzki. - Jego ojca też...
Mimowolnie zadrżałem na wspomnienie Davida. Hinta to zauważył i posłał ojcu wściekłe spojrzenie. Ten zacisnął szczękę i wyszedł.
- Matthiew...
Popatrzyłem na mamę. Tylko ona mówiła do mnie pełnym imieniem. Matthiew. Jeszcze jakiś czas temu zacząłbym pyskować, żeby tak do mnie nie mówiła, ale teraz nie miałem na to siły. Na dodatek widziałem, że była na skraju załamania nerwowego. Jakby miała się za chwilę rozpłakać i nigdy nie przestać.
- Czemu tak nagle was obchodzę? - wypaliłem, zanim zdołałem ugryźć się w język.
- Nie mów tak - jęknęła Anabel, wycierając twarz chusteczką.
- Czemu? Taka jest prawda - wzruszyłem ramionami. - Pomiataliście mną. Traktowaliście jak piąte koło u wozu. Nawet Hinte traktowaliście lepiej ode mnie!
- Matt - zaczął mój przyszywany brat, łapiąc mnie za rękę, ale wyrwałem się.
- No co?! Może to nie prawda?! Zawsze obchodziły was pieniądze. To było na pierwszym miejscu. Mamo, wolałaś siedzieć na bankietach, u swoich bogatych przyjaciółek. Anabel, ty zrobiłaś z siebie cholerny plastik w skąpych ciuchach, kompletnie bez mózgu! Ojciec to sknera! Więc czemu nagle zacząłem was obchodzić?! - krzyczałem wściekły.
- Może nie byliśmy idealnymi rodzicami, ale teraz chcemy to naprawić! - powiedziała matka.
- Bo prawdopodobnie umrę? - prychnąłem. - Chcecie załatwić sobie odkupienie, za to jacy byliście? Żałosne.
- Matt! - fuknął Hinta.
- Wyjdźcie - szepnąłem, zaciskając powieki. - Wynocha! - ryknąłem.
Z ociąganiem wszyscy się wycofali. Ostatni był Hinta, który zatrzymał się w drzwiach, by na mnie popatrzeć.
- Chcę zobaczyć Ubera - wyznałem. - Błagam, sprowadź go tu do mnie.
Pokiwał głową i zamknął drzwi. Opadłem na niewygodne łóżko i wbiłem wzrok w biały sufit. Potem, nie wiedząc czemu, zacząłem się histerycznie śmiać. Śmiałem się i płakałem jednocześnie.
To było żałosne.
I dodaję jeszcze narysowany przez siebie rysunek. Ktoś poznaje?
Rozdział 20
Nie wiem co mi się stało. W jednej chwili było wszystko dobrze. W drugiej wrzeszczałem, bo czułem Davida. Każdą komórką mojego ciała. Nie wiem jak, skoro go nie widziałem, ale wiedziałem, że on wtedy tam był.
Gdy Hinta starał się mnie uspokoić, do pomieszczenia wpadła lekarka z Lili. Nastolatka była zszokowana, kobieta od razu zawołała sanitariuszy, którzy przyszpilili mnie do ziemi i podali jakieś leki. Płakałem i wrzeszczałem. Po prostu...
Nie wiem. Nie potrafię tego określić.
Tak więc skończyło się na tym, że leżałem na łóżku, dosłownie do niego przykuty, skórzanymi pasami. Gapiłem się tępo w sufit.
- Zamknij się - wyszeptałem po raz kolejny.
Nie rozumiałem co się ze mną działo. Miałem urojenia. Co to jest? Jakaś cholerna schizofrenia?!
- Matt.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem Hinte stojącego w drzwiach sali. Przyglądał mi się ze zmarszczonym czołem, zapewne zastanawiając się, czy wezwać lekarza. Chyba go wystraszyłem tym swoim atakiem znienacka. Cóż, sam byłbym przerażony swoim wyczynianiem.
- Jak się czujesz? - spytał mój brat.
Wzruszyłem ramionami.
- Dobrze. Jest dobrze, Hinta.
Pokiwał głową i zacisnął szczękę. Potem wolnym krokiem zbliżył się do mojego łóżka i przysunął sobie krzesło, by na nim usiąść.
- Co się stało? Co ja... Dlaczego tak jest? - wyszeptałem.
Hinta przymknął oczy i zwiesił głowę.
O cholera.
Coś było nie tak.
- Gdy przyszedłeś do szpitala po tym jak David cię zgwałcił... lekarka nie zbadała cię dokładnie - zaczął tłumaczyć drżącym głosem. - Od pobicia, powstał skrzep krwi, który dostał się do mózgu. Uciska na którąś tam część... nie pamiętam jaką. Ale lekarze mówią, że przez nacisk na narząd... wydaje ci się, że widzisz coś czego nie ma. Że słyszysz coś, co nie istnieje. Masz po prostu urojenia od tego skrzepu w mózgu.
Gapiłem się na niego oniemiały. Że co? Że niby mam w mózgu coś co sprawia, że mam pieprzone urojenia?!
- O czym ty gadasz, Hinta? - wydusiłem z siebie. - Wiesz, że nienawidzę takich żartów!
- Nie żartuję! - powiedział wściekły. - Ta głupia suka, lekarka, źle cię zbadała! Gdyby zrobiła to dokładniej, nie byłoby teraz komplikacji!
- Jakich komplikacji? - szepnąłem. Mimowolnie drżałem na całym ciele.
Hinta schował twarz w dłoniach, opierając łokcie na kolanach. Gapiłem się na czubek jego głowy.
- Skrzep jest w miejscu, które jest bardzo wrażliwe. Lekarze mówią, że ta operacja może cię zabić. To jest szansa jeden do dziesięciu.
Popatrzył na mnie, uśmiechając się ze smutną ironią.
- Dają ci wybór. Umrzesz przez skrzep w mózgu, albo zabije cię próba uratowania.
Miałem szeroko otwarte oczy, nie mogąc uwierzyć w to wszystko. Czy on sobie jaja robi? A może jestem w ukrytej kamerze? To nie jest żaden serial DrHouse! Przecież to nie mogło spotkać akurat mnie! To niemożliwe...
- Przecież... przecież jest szansa, że przeżyję, prawda?
- To jest tak niebezpieczne, że lekarze nie dają ci tego. Boją się...
Objął głowę dłońmi i zaszlochał. Widziałem łzy spływające po jego policzkach i skapujące na posadzkę. Patrzyłem na niego, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Nie potrafiłem... Nie chciałem uwierzyć w to wszystko. To było jak jakiś chory koszmar.
Sen, z którego nie mogłem się obudzić.
*
- Chcę tej operacji!
- Możesz umrzeć, Matt!
- Również mogę umrzeć przez ten pieprzony skrzep krwi, tato!
Gapiłem się rozwścieczony na ojca. Stał przy moim łóżku po prawej stronie z matką i dziwnie smutną Anabel. Po drugiej stronie stał lekarz o imieniu George i Hinta.
- Operacja faktycznie jest bardzo niebezpieczna, ale jeśli się uda, pański syn będzie żył normalnie - powiedział lekarz. - Póki ma skrzep, będzie miał urojenia. To będzie nasilało się z czasem. Potem te urojenia mogą stać się czymś poważniejszym. I pański syn umrze.
- Ile miałby czasu z tym czymś w głowie? - spytała Anabel lekarza. Po raz pierwszy od dłuższego czasu widziałem ją bez telefonu.
- To zależy - odparł z wahaniem.
- Ile? - warknęła, piorunując go wzrokiem.
- Jakieś dwa miesiące. Maksimum.
Ojciec głośno powiedział "kurwa". Matka, która w normalnych okolicznościach zaczęła by mu to wypominać, teraz stała cicho przy jego boku, pustym wzrokiem patrząc mi w oczy.
Anabel nagle zaczęła płakać. Lekarz mruknął coś pod nosem i wyszedł z sali. Moja siostra ryczała coraz głośniej, a makijaż zaczął się jej rozmywać.
- To nie fair! - wykrztusiła, ocierając łzy. - Dlaczego to wszystko się tak potoczyło?! Dlaczego ty, Matt?
Siedziałem cicho, bo nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Sam je sobie zadawałem. Tyle że to nie było takie łatwe. Wykraczało poza granice mojej inteligencji.
- Zabiję tego małego gnojka - syknął ojciec, pocierając zarośnięte policzki. - Jego ojca też...
Mimowolnie zadrżałem na wspomnienie Davida. Hinta to zauważył i posłał ojcu wściekłe spojrzenie. Ten zacisnął szczękę i wyszedł.
- Matthiew...
Popatrzyłem na mamę. Tylko ona mówiła do mnie pełnym imieniem. Matthiew. Jeszcze jakiś czas temu zacząłbym pyskować, żeby tak do mnie nie mówiła, ale teraz nie miałem na to siły. Na dodatek widziałem, że była na skraju załamania nerwowego. Jakby miała się za chwilę rozpłakać i nigdy nie przestać.
- Czemu tak nagle was obchodzę? - wypaliłem, zanim zdołałem ugryźć się w język.
- Nie mów tak - jęknęła Anabel, wycierając twarz chusteczką.
- Czemu? Taka jest prawda - wzruszyłem ramionami. - Pomiataliście mną. Traktowaliście jak piąte koło u wozu. Nawet Hinte traktowaliście lepiej ode mnie!
- Matt - zaczął mój przyszywany brat, łapiąc mnie za rękę, ale wyrwałem się.
- No co?! Może to nie prawda?! Zawsze obchodziły was pieniądze. To było na pierwszym miejscu. Mamo, wolałaś siedzieć na bankietach, u swoich bogatych przyjaciółek. Anabel, ty zrobiłaś z siebie cholerny plastik w skąpych ciuchach, kompletnie bez mózgu! Ojciec to sknera! Więc czemu nagle zacząłem was obchodzić?! - krzyczałem wściekły.
- Może nie byliśmy idealnymi rodzicami, ale teraz chcemy to naprawić! - powiedziała matka.
- Bo prawdopodobnie umrę? - prychnąłem. - Chcecie załatwić sobie odkupienie, za to jacy byliście? Żałosne.
- Matt! - fuknął Hinta.
- Wyjdźcie - szepnąłem, zaciskając powieki. - Wynocha! - ryknąłem.
Z ociąganiem wszyscy się wycofali. Ostatni był Hinta, który zatrzymał się w drzwiach, by na mnie popatrzeć.
- Chcę zobaczyć Ubera - wyznałem. - Błagam, sprowadź go tu do mnie.
Pokiwał głową i zamknął drzwi. Opadłem na niewygodne łóżko i wbiłem wzrok w biały sufit. Potem, nie wiedząc czemu, zacząłem się histerycznie śmiać. Śmiałem się i płakałem jednocześnie.
To było żałosne.
sobota, 28 września 2013
019
Gome! Naprawdę przepraszam, że nie dodawałam rozdziału, ale zacięłam się na rozmowie Matta i pielęgniarki. Dopiero teraz się przełamałam i napisałam. Mam nadzieję, że się spodoba, chociaż końcówka jak dla mnie jest zacnie dziwna. Dziękuję za wszystkie komentarze. Gupia ;-; - przepraszam, że dodałam rozdział tak późno. Moja wina! Katsumi - uwielbiam twoje komentarze. Szczerze powiedziawszy po ich przeczytaniu mam ogromny zaciesz na twarzy i wielką ochotę pisania. A ty, Anka, to się nie odzywaj. A. I mam takie pytanie. Czy to opowiadanie jest romantyczne, nie jest romantyczne, a może jest dramatem? Jeżeli można, to prosiłabym o wasze opinie. Ty Anka się nie odzywaj, bo ukatrupię! A, Gupia ;-;, jestem dziewczyną. 100%! Chyba, że o czymś nie wiem -_- I mam 14 lat. Ta. Mało. Jestem gówniarą, wiem. A ty ile masz? Pochwal się! O ile możesz :)
Rozdział 19
Śniłem koszmar, który przeżywał w kółko od nowa. Gwałcący mnie David. To było straszne. Wrzeszczałem przez sen, ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Tak strasznie... Tak strasznie się bałem, chciałem zakończyć to wszystko. Byłem gotowy się zabić.
Nawet... nawet myślałem o tym dość poważnie. Może tak byłoby lepiej? Zapomniałbym. Nie stwarzałbym żadnych problemów. Nigdy więcej...
Zamrugałem oczami, pozbywając się tych złych myśli. Znajdowałem się w szpitalu. Poznałem sale bo suficie i piszczeniu aparatur. Tylko... co ja tu robiłem? Czemu leżałem na łóżku, ubrany w szpitalną koszulę? Po tym jak się szarpałem z policjantem... nie pamiętam co było dalej.
Zacząłem się rozglądać. W sali nie byłem sam. W kącie przy jakichś papierach stała tamta pielęgniarka, którą pytałem o salę Davida. Podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się.
- Obudziłeś się. To dobrze. Zawołam panią doktor. Leż spokojnie.
Wyszła, a ja dotknąłem palcami rurki podpiętej do mojego nosa. Abym się nie udusił, jak spałem, czy coś takiego.
Do sali weszła lekarka. Ta sama, która mnie badała i wezwała policję. Byłem na nią wściekły. Wściekły na maksa. Miałem ochotę ją zabić.
- Witam! - powiedziała z gromkim uśmiechem, ale gdy nie odpowiedziałem, zbladła lekko. - Przepraszam. Wiem, że nie powinnam. Przepraszam.
- Pani nie powinna się wtrącać! - syknąłem wściekły. - Sam mogłem to załatwić.
- Nie dałbyś rady - prychnęła, sprawdzając moją kartę. - Stchórzyłbyś już na starcie.
- I co z tego?! - pisnąłem. Zacząłem płakać. - Chcę, żeby Uber był na wolności! Zrobię wszystko! Pani nic nie rozumie!
Zacząłem płakać. Siedziałem na szpitalnym łóżku, wtulając twarz w białą pościel, zalewając się łzami. Nie potrafiłem się powstrzymać. Po prostu miałem już dosyć. Okropne obrazy wspomnień związanych z Davidem były koszmarem. Łzy spływały mi po policzkach, całe moje ciało drżało. Od szlochów, ale także z niewytłumaczonego strachu.
To było za dużo. Za dużo!!!
Poczułem nagle jak ogarnia mnie senność. Uniosłem się i popatrzyłem zdziwiony na lekarkę. Właśnie wysuwała igłę od strzykawki z kroplówki.
- Środek uspokajający - rzekła cicho, uciekając wzrokiem. - Powinieneś się wyspać. Jak się obudzisz, policja będzie chciała z tobą porozmawiać. Musisz być na siłach.
- Ja... nie chcę spać - stęknąłem, mrugając oczami. - Nie chce mieć koszmarów...
- Będzie dobrze - zapewniła. - Po tym leku będziesz spał jak zabity. Nie będziesz świadom swoich snów.
- Chcę zobaczyć Ubera - wyszeptałem, zamykając oczy. Robiłem się coraz bardziej śpiący. - Chcę go zobaczyć...
Zamrugałem i popatrzyłem na młodą lekarkę. Stała z założonymi rękoma, wbijając wzrok w ścianę. Wstydziła się spojrzeć na mnie.
Wirowało mi w głowie. Czułem się jakbym spadał. A gdy uderzyłem w twardą ziemię, uświadomiłem sobie, że już śpię.
*
Słyszałem głosy. Obudziły mnie one, ale nie otwierałem oczu. Podsłuchiwałem. Rozpoznałem je. To był Hinta i lekarka. Rozmawiali o czymś. Mój brat był szczerze wkurzony. Ledwo co się powstrzymywał przed wrzeszczeniem na kobietę.
- Przecież go pani badała - wywarczał cicho, zapewne bojąc się, że mnie obudzi. Cóż, już za późno... - To wszystko pani wina!
- Matt wtedy nie wykazywał żadnych objawów - odparła spokojnie lekarka. - Wyglądało to tylko na zwykłe złamanie ręki i pobicie. Domyśliłam się, że mógł być zgwałcony, ale obowiązuje mnie tajemnica lekarska. Nie przebadałam go tak dobrze.
- No właśnie! Gdyby pani odpowiednio zajęła się swoją pracą, Matt byłby zdrowy! Nie byłoby żadnych komplikacji! Może być pani pewna, że zgłoszę tą sprawę na policję!
- Ma pan prawo, ale niech mnie pan wys...
- Niech się pani zamknie! - krzyknął wściekły. - Proszę zejść mi z oczu, inaczej nie ręczę za siebie. I nie są to czcze pogruszki, jasne?
- Oczywiście.
Usłyszałem jej kroki. Wyszła, z lekkim trzaskiem zamykając drzwi mojej sali. Poczułem jak skraj szpitalnego łóżka się zapada, a Hinta łapie mnie za rękę. Pozwoliłem sobie na udawanie, że dopiero co się wybudzam. Nie chciałem denerwować mojego brata niepotrzebnymi pytaniami. A także po prostu nie miałem na to ochoty.
- Och, obudziłem cię? - spytał wystraszony, gdy zamrugałem i na niego popatrzyłem.
Mój przyszywany brat wyglądał niezbyt dobrze. Z worami pod oczami, ze zmierzwionymi włosami i zmęczonym spojrzeniem. Ubrany był w pomiętą koszulę i stare dżinsy.
- Nie... Nic się nie stało - mruknąłem. - Jest okej.
Pogłaskał mnie po głowie.
- Jak się czujesz?
- Otumaniony - wyznałem, a potem usiadłem na łóżku, podpierając się zdrową ręką. - Długo już tu jestem?
Westchnął i przetarł twarz dłońmi.
- Przyszedłeś do Davida tydzień temu - powiedział, a ja zdziwiony uniosłem brwi. - Straciłeś przytomność, gdy szarpałeś się z policjantem. Zasnąłeś na cztery dni. Potem się wybudziłeś, lekarka podała ci środek uspokajający. Obudziłeś się po trzech dniach.
- Wow. Długo spałem - zauważyłem zażenowany. - Czy... wiesz może...
- Przy jego sali stoi policjant, by nie uciekł - mruknął. - Postawiono mu już zarzuty. Nawet jego ojciec nic nie może wskórać, skoro twój tato się wkurzył, jak się dowiedział. Zrobiła się z tego ogromna sprawa.
- Rodzice... wiedzą? - wykrztusiłem.
- Tak. I są wściekli na Davida za to co ci zrobił.
Nosz jasna cholera. Ukrywałem przed nimi swoją orientację. Doskonale wiedziałem, że im by się to nie spodobało. Ojciec to homofob. Na dodatek sknera i ćwok! Miałby tylko kolejny powód do nazywania mnie bezużytecznym gnojkiem.
- A co z Uberem? - spytałem.
- Twój ojciec się za nim wstawił na policji. Dał mu swoich najlepszych adwokatów. Jeszcze w tym tygodniu powinien wyjść.
Zwiesiłem głowę, całkowicie załamany i wyczerpany. Wszystko mnie bolało. Ciało fizyczne, jak i moja psychika. To mnie powoli zabijało.
Rozejrzałem się po sali. Dopiero teraz dostrzegłem wiele kwiatów i balonów, które obijały się o siebie nawzajem tuż pod sufitem. Wiele kartek z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia walały się po całej sali. Na wolnym krześle siedział postawiony misiek. Od razu wiedziałem, że jest od Lili. Cóż, tylko ona była zdolna do dania mi wielkiego puchatego misia z wydłubanymi oczami, w sztucznej(chyba sztucznej) krwii, z ząbkowanym nożem w ręce i wyszytym upiornym uśmiechem. Milutko.
- Wszyscy za tobą tęsknią. Odwiedzali cię, ale ciągle spałeś. Ta dziwna dziewczyna... Lili... przychodzi codziennie - powiedział Hinta.
- Ta. Jest dziwna - parsknąłem śmiechem. - Hej, czy to ona pomalowała mi gips?
- Nudziło jej się - przyznał.
To było widać. Mój niegdyś biały gips, teraz był cały w dziwnych malunkach. Jakieś potwory, dziwne słowa. Nawet znalazłem słówka po Japońsku. Musiałem przyznać, że Lili ma ogromny talent.
- Przyszedł dwa razy też jakiś mężczyzna. Niejaki Max Lorens. Znasz go?
Opadła mi szczęka. Bibliotekarz? Bibliotekarz tu był? Czemu? Przecież... Hej, to dziwne!
- Rodzice też byli. Nawet Anabel - powiedział Hinta. - Tata powinien dzisiaj jeszcze przyjść. Jest w sądzie, załatwia wyjście Ubera.
- Aż tak się zamartwia? - zdziwiłem się. - Jest zdolny do czegoś takiego?
Hinta lekko się zarumienił i odwrócił wzrok. Było to bynajmniej podejrzane.
- Co jest? Co się stało? - spytałem.
- Szczerze powiedziawszy to mu trochę wygarnąłem, jak przyjechał po tym jak go powiadomiłem, że jesteś w szpitalu. Trochę się pokłóciliśmy... Złamałem mu żebro.
Otworzyłem szeroko oczy.
- Co żeś zrobił? Pobiłeś ojca?
- To był wypadek. Po prostu byłem wściekły!
Pokręciłem z niedowierzaniem głową. To było niemożliwe. Żeby Hinta kłócił się z tatą. Coś nowego. I świetnego zarazem. Przynajmniej on miał odwagę.
- Jak zareagował? Na wieść, że jego syn to gej? - szepnąłem po dłuższej chwili.
- Był wściekły... Ale przez to, że dowiedział się tak późno i to w takich okolicznościach. Nie był zły na ciebie. O wszystko obwinia Davida. Matka i Anabel powstrzymywały się od komentarzy. Podejrzewały, że możesz nie być hetero, więc to chyba nie był dla nich zbyt wielki szok.
Zmarszczyłem brwi. Nagle zaburczało mi w brzuchu. Hinta się zaśmiał i poklepał mnie po ręce.
- Pójdę po coś do jedzenia. A ty się stąd nie ruszaj.
Pokiwałem głową. Gdy wyszedł, przestałem się uśmiechać, bo było to zbyt męczące. Nie miałem siły na uśmiechy. Byłem już zmęczony tym wszystkim.
Po raz kolejny dopadły mnie myśli, które krążyły głównie wokół samobójstwa. To by przecież wszystko ułatwiło. Życie dla mnie by się skończyło. Jestem pewny, że wielu osobom by ulżyło. Byłem żałośnie słaby. Męczyłem ludzi wokół siebie. Ciągle musieli się o mnie martwić. Ciągle sprawiałem kłopoty.
Tak być nie powinno.
"Gdybyś nie był tak strasznie zaślepiony i naiwny, sam byś odkrył, kim jestem naprawdę. "
"Po prostu miałem ochotę cię wyruchać!"
"Wiesz co ci powiem? Nigdy się ode mnie nie uwolnisz. Jesteś ode mnie uzależniony."
"Zabawię się z twoim ciałem tak jak tamtej nocy."
"Masz taką słabą psychikę, że wystarczy, że powiem jedno słowo, a znowu będziesz mój. "
- Zamknij się - szepnąłem sam do siebie. - Zamknij się, David.
"Jesteś żałosny."
"Będziesz błagał bym przestał, a gdy ja będę kontynuował, z bólu stracisz przytomność, słyszysz? "
- Błagam, daj mi spokój - wyszlochałem, wciskając twarz w poduszkę. - Zamknij się!
"Najpierw ty. Potem załatwię Ubera, tego brudasa. "
" Karałem siebie na różne sposoby, że cię zostawiłem. Strasznie... Strasznie tego żałowałem..."
" Kocham cię, Matti. Kocham jak nikogo innego."
- Dosyć! - wrzasnąłem w przestrzeń, zrywając się z łóżka i zataczając na podłodze. Igły powbijane mi w ręce odczepiły się gwałtownie, przez co otworzyły się rany. - Przestań!
Zawyłem, opadając na kolana na zimną posadzkę. Objąłem zdrową ręką się za głowę i zaszlochałem.
"I tak cię dalej kocham."
- ZAMKNIJ SIĘ!!!
Do sali wpadł przerażony Hinta. Złapał mnie za ramiona, ale ja ciągle wrzeszczałem. Chciałem żeby David się wreszcie zamknął. Miałem dosyć jego słów, głosu. Czułem jego okropny dotyk na swoim ciele. Czułem jego pocałunki i smak. To było obrzydliwe.
Miałem dosyć. David tu był. Wiedziałem to. Jego obecność przytłaczała. Słyszałem jego drwiący śmiech.
" Nie spodziewałem się ciebie. Czyżby tamta noc ci się spodobała? Chcesz powtórkę z rozrywki?"
- DOSYĆ! ZAMKNIJ SIĘ!
Ale on nie chciał zniknąć.
Rozdział 19
Śniłem koszmar, który przeżywał w kółko od nowa. Gwałcący mnie David. To było straszne. Wrzeszczałem przez sen, ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Tak strasznie... Tak strasznie się bałem, chciałem zakończyć to wszystko. Byłem gotowy się zabić.
Nawet... nawet myślałem o tym dość poważnie. Może tak byłoby lepiej? Zapomniałbym. Nie stwarzałbym żadnych problemów. Nigdy więcej...
Zamrugałem oczami, pozbywając się tych złych myśli. Znajdowałem się w szpitalu. Poznałem sale bo suficie i piszczeniu aparatur. Tylko... co ja tu robiłem? Czemu leżałem na łóżku, ubrany w szpitalną koszulę? Po tym jak się szarpałem z policjantem... nie pamiętam co było dalej.
Zacząłem się rozglądać. W sali nie byłem sam. W kącie przy jakichś papierach stała tamta pielęgniarka, którą pytałem o salę Davida. Podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się.
- Obudziłeś się. To dobrze. Zawołam panią doktor. Leż spokojnie.
Wyszła, a ja dotknąłem palcami rurki podpiętej do mojego nosa. Abym się nie udusił, jak spałem, czy coś takiego.
Do sali weszła lekarka. Ta sama, która mnie badała i wezwała policję. Byłem na nią wściekły. Wściekły na maksa. Miałem ochotę ją zabić.
- Witam! - powiedziała z gromkim uśmiechem, ale gdy nie odpowiedziałem, zbladła lekko. - Przepraszam. Wiem, że nie powinnam. Przepraszam.
- Pani nie powinna się wtrącać! - syknąłem wściekły. - Sam mogłem to załatwić.
- Nie dałbyś rady - prychnęła, sprawdzając moją kartę. - Stchórzyłbyś już na starcie.
- I co z tego?! - pisnąłem. Zacząłem płakać. - Chcę, żeby Uber był na wolności! Zrobię wszystko! Pani nic nie rozumie!
Zacząłem płakać. Siedziałem na szpitalnym łóżku, wtulając twarz w białą pościel, zalewając się łzami. Nie potrafiłem się powstrzymać. Po prostu miałem już dosyć. Okropne obrazy wspomnień związanych z Davidem były koszmarem. Łzy spływały mi po policzkach, całe moje ciało drżało. Od szlochów, ale także z niewytłumaczonego strachu.
To było za dużo. Za dużo!!!
Poczułem nagle jak ogarnia mnie senność. Uniosłem się i popatrzyłem zdziwiony na lekarkę. Właśnie wysuwała igłę od strzykawki z kroplówki.
- Środek uspokajający - rzekła cicho, uciekając wzrokiem. - Powinieneś się wyspać. Jak się obudzisz, policja będzie chciała z tobą porozmawiać. Musisz być na siłach.
- Ja... nie chcę spać - stęknąłem, mrugając oczami. - Nie chce mieć koszmarów...
- Będzie dobrze - zapewniła. - Po tym leku będziesz spał jak zabity. Nie będziesz świadom swoich snów.
- Chcę zobaczyć Ubera - wyszeptałem, zamykając oczy. Robiłem się coraz bardziej śpiący. - Chcę go zobaczyć...
Zamrugałem i popatrzyłem na młodą lekarkę. Stała z założonymi rękoma, wbijając wzrok w ścianę. Wstydziła się spojrzeć na mnie.
Wirowało mi w głowie. Czułem się jakbym spadał. A gdy uderzyłem w twardą ziemię, uświadomiłem sobie, że już śpię.
*
Słyszałem głosy. Obudziły mnie one, ale nie otwierałem oczu. Podsłuchiwałem. Rozpoznałem je. To był Hinta i lekarka. Rozmawiali o czymś. Mój brat był szczerze wkurzony. Ledwo co się powstrzymywał przed wrzeszczeniem na kobietę.
- Przecież go pani badała - wywarczał cicho, zapewne bojąc się, że mnie obudzi. Cóż, już za późno... - To wszystko pani wina!
- Matt wtedy nie wykazywał żadnych objawów - odparła spokojnie lekarka. - Wyglądało to tylko na zwykłe złamanie ręki i pobicie. Domyśliłam się, że mógł być zgwałcony, ale obowiązuje mnie tajemnica lekarska. Nie przebadałam go tak dobrze.
- No właśnie! Gdyby pani odpowiednio zajęła się swoją pracą, Matt byłby zdrowy! Nie byłoby żadnych komplikacji! Może być pani pewna, że zgłoszę tą sprawę na policję!
- Ma pan prawo, ale niech mnie pan wys...
- Niech się pani zamknie! - krzyknął wściekły. - Proszę zejść mi z oczu, inaczej nie ręczę za siebie. I nie są to czcze pogruszki, jasne?
- Oczywiście.
Usłyszałem jej kroki. Wyszła, z lekkim trzaskiem zamykając drzwi mojej sali. Poczułem jak skraj szpitalnego łóżka się zapada, a Hinta łapie mnie za rękę. Pozwoliłem sobie na udawanie, że dopiero co się wybudzam. Nie chciałem denerwować mojego brata niepotrzebnymi pytaniami. A także po prostu nie miałem na to ochoty.
- Och, obudziłem cię? - spytał wystraszony, gdy zamrugałem i na niego popatrzyłem.
Mój przyszywany brat wyglądał niezbyt dobrze. Z worami pod oczami, ze zmierzwionymi włosami i zmęczonym spojrzeniem. Ubrany był w pomiętą koszulę i stare dżinsy.
- Nie... Nic się nie stało - mruknąłem. - Jest okej.
Pogłaskał mnie po głowie.
- Jak się czujesz?
- Otumaniony - wyznałem, a potem usiadłem na łóżku, podpierając się zdrową ręką. - Długo już tu jestem?
Westchnął i przetarł twarz dłońmi.
- Przyszedłeś do Davida tydzień temu - powiedział, a ja zdziwiony uniosłem brwi. - Straciłeś przytomność, gdy szarpałeś się z policjantem. Zasnąłeś na cztery dni. Potem się wybudziłeś, lekarka podała ci środek uspokajający. Obudziłeś się po trzech dniach.
- Wow. Długo spałem - zauważyłem zażenowany. - Czy... wiesz może...
- Przy jego sali stoi policjant, by nie uciekł - mruknął. - Postawiono mu już zarzuty. Nawet jego ojciec nic nie może wskórać, skoro twój tato się wkurzył, jak się dowiedział. Zrobiła się z tego ogromna sprawa.
- Rodzice... wiedzą? - wykrztusiłem.
- Tak. I są wściekli na Davida za to co ci zrobił.
Nosz jasna cholera. Ukrywałem przed nimi swoją orientację. Doskonale wiedziałem, że im by się to nie spodobało. Ojciec to homofob. Na dodatek sknera i ćwok! Miałby tylko kolejny powód do nazywania mnie bezużytecznym gnojkiem.
- A co z Uberem? - spytałem.
- Twój ojciec się za nim wstawił na policji. Dał mu swoich najlepszych adwokatów. Jeszcze w tym tygodniu powinien wyjść.
Zwiesiłem głowę, całkowicie załamany i wyczerpany. Wszystko mnie bolało. Ciało fizyczne, jak i moja psychika. To mnie powoli zabijało.
Rozejrzałem się po sali. Dopiero teraz dostrzegłem wiele kwiatów i balonów, które obijały się o siebie nawzajem tuż pod sufitem. Wiele kartek z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia walały się po całej sali. Na wolnym krześle siedział postawiony misiek. Od razu wiedziałem, że jest od Lili. Cóż, tylko ona była zdolna do dania mi wielkiego puchatego misia z wydłubanymi oczami, w sztucznej(chyba sztucznej) krwii, z ząbkowanym nożem w ręce i wyszytym upiornym uśmiechem. Milutko.
- Wszyscy za tobą tęsknią. Odwiedzali cię, ale ciągle spałeś. Ta dziwna dziewczyna... Lili... przychodzi codziennie - powiedział Hinta.
- Ta. Jest dziwna - parsknąłem śmiechem. - Hej, czy to ona pomalowała mi gips?
- Nudziło jej się - przyznał.
To było widać. Mój niegdyś biały gips, teraz był cały w dziwnych malunkach. Jakieś potwory, dziwne słowa. Nawet znalazłem słówka po Japońsku. Musiałem przyznać, że Lili ma ogromny talent.
- Przyszedł dwa razy też jakiś mężczyzna. Niejaki Max Lorens. Znasz go?
Opadła mi szczęka. Bibliotekarz? Bibliotekarz tu był? Czemu? Przecież... Hej, to dziwne!
- Rodzice też byli. Nawet Anabel - powiedział Hinta. - Tata powinien dzisiaj jeszcze przyjść. Jest w sądzie, załatwia wyjście Ubera.
- Aż tak się zamartwia? - zdziwiłem się. - Jest zdolny do czegoś takiego?
Hinta lekko się zarumienił i odwrócił wzrok. Było to bynajmniej podejrzane.
- Co jest? Co się stało? - spytałem.
- Szczerze powiedziawszy to mu trochę wygarnąłem, jak przyjechał po tym jak go powiadomiłem, że jesteś w szpitalu. Trochę się pokłóciliśmy... Złamałem mu żebro.
Otworzyłem szeroko oczy.
- Co żeś zrobił? Pobiłeś ojca?
- To był wypadek. Po prostu byłem wściekły!
Pokręciłem z niedowierzaniem głową. To było niemożliwe. Żeby Hinta kłócił się z tatą. Coś nowego. I świetnego zarazem. Przynajmniej on miał odwagę.
- Jak zareagował? Na wieść, że jego syn to gej? - szepnąłem po dłuższej chwili.
- Był wściekły... Ale przez to, że dowiedział się tak późno i to w takich okolicznościach. Nie był zły na ciebie. O wszystko obwinia Davida. Matka i Anabel powstrzymywały się od komentarzy. Podejrzewały, że możesz nie być hetero, więc to chyba nie był dla nich zbyt wielki szok.
Zmarszczyłem brwi. Nagle zaburczało mi w brzuchu. Hinta się zaśmiał i poklepał mnie po ręce.
- Pójdę po coś do jedzenia. A ty się stąd nie ruszaj.
Pokiwałem głową. Gdy wyszedł, przestałem się uśmiechać, bo było to zbyt męczące. Nie miałem siły na uśmiechy. Byłem już zmęczony tym wszystkim.
Po raz kolejny dopadły mnie myśli, które krążyły głównie wokół samobójstwa. To by przecież wszystko ułatwiło. Życie dla mnie by się skończyło. Jestem pewny, że wielu osobom by ulżyło. Byłem żałośnie słaby. Męczyłem ludzi wokół siebie. Ciągle musieli się o mnie martwić. Ciągle sprawiałem kłopoty.
Tak być nie powinno.
"Gdybyś nie był tak strasznie zaślepiony i naiwny, sam byś odkrył, kim jestem naprawdę. "
"Po prostu miałem ochotę cię wyruchać!"
"Wiesz co ci powiem? Nigdy się ode mnie nie uwolnisz. Jesteś ode mnie uzależniony."
"Zabawię się z twoim ciałem tak jak tamtej nocy."
"Masz taką słabą psychikę, że wystarczy, że powiem jedno słowo, a znowu będziesz mój. "
- Zamknij się - szepnąłem sam do siebie. - Zamknij się, David.
"Jesteś żałosny."
"Będziesz błagał bym przestał, a gdy ja będę kontynuował, z bólu stracisz przytomność, słyszysz? "
- Błagam, daj mi spokój - wyszlochałem, wciskając twarz w poduszkę. - Zamknij się!
"Najpierw ty. Potem załatwię Ubera, tego brudasa. "
" Karałem siebie na różne sposoby, że cię zostawiłem. Strasznie... Strasznie tego żałowałem..."
" Kocham cię, Matti. Kocham jak nikogo innego."
- Dosyć! - wrzasnąłem w przestrzeń, zrywając się z łóżka i zataczając na podłodze. Igły powbijane mi w ręce odczepiły się gwałtownie, przez co otworzyły się rany. - Przestań!
Zawyłem, opadając na kolana na zimną posadzkę. Objąłem zdrową ręką się za głowę i zaszlochałem.
"I tak cię dalej kocham."
- ZAMKNIJ SIĘ!!!
Do sali wpadł przerażony Hinta. Złapał mnie za ramiona, ale ja ciągle wrzeszczałem. Chciałem żeby David się wreszcie zamknął. Miałem dosyć jego słów, głosu. Czułem jego okropny dotyk na swoim ciele. Czułem jego pocałunki i smak. To było obrzydliwe.
Miałem dosyć. David tu był. Wiedziałem to. Jego obecność przytłaczała. Słyszałem jego drwiący śmiech.
" Nie spodziewałem się ciebie. Czyżby tamta noc ci się spodobała? Chcesz powtórkę z rozrywki?"
- DOSYĆ! ZAMKNIJ SIĘ!
Ale on nie chciał zniknąć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
